Tytuł blogu jest trochę nieadekwatny, bo jego autor aktualnie próbuje przeżyć w Warszawie. Do Berlina stara się regularnie zaglądać
środa, 16 marca 2011

Do grona zwolenników rządu Angeli Merkel przyłączył się właśnie libijski dyktator Muammar Kaddafi. – Niemcy zajęli wobec nas bardzo dobrą pozycję. To Berlin powinien mieć stałe miejsce w radzie Bezpieczeństwa ONZ, nie Paryż – mówił Kaddafi w wywiadzie dla telewizji RTL. I zapewniał, że choć generalnie zrywa z Zachodem, to Niemcy ciągle mogą liczyć na lukratywne kontrakty na libijską ropę.

Tak libijski dyktator reaguje na ostry sprzeciw rządu Merkel wobec wprowadzeniem nad Libią strefy zakazu lotów, czy jakiejkolwiek innej międzynarodowej interwencji, która mogłaby pomóc walczącym z Kaddafim powstańcom. – Nie możemy dać się wciągnąć w tę wojnę – oświadczał kilka dni temu wiceszef niemieckiego MSZ. Politycy przestrzegali zaś przed czającą się w szeregach powstańców Al-Kaidą, masowym napływem nielegalnych imigrantów i chaosem, który może ogarnąć cały region.

Jest jednak jasne, że Merkeljej ministrowie nie Arabów się boją, a własnych wyborców, którzy mogą wystawić im czerwone kartki i doprowadzić rząd do politycznego bankructwa. Trwająca od prawie 10 lat misja Bundeswehry w Afganistanie budzi w pacyfistycznych Niemczech coraz większe kontrowersje, wysłanie niemieckich samolotów nad Libię, a nawet polityczne wsparcie operacji wojskowej w tym kraju, tylko ich rozwścieczy. Libijskie powstanie i walka z tamtejszym dyktatorem dla przeciętnego Niemca to bowiem odległy, wręcz egzotyczny problem. O wiele ważniejsze są odległe o tysiące kilometrów topiące się rdzenie w japońskich reaktorach.

Zrozumiałbym takie zimne kalkulacje każdego zachodnioniemieckiego polityka, który nie wie co to życie w dyktaturze i głód wolności. Ale nie wychowaną w NRD Angelę Merkel. Pani kanclerz z własnych doświadczeń powinna wiedzieć czym jest reżim Kaddafiego (choć wszechwładna Stasi ustępowała brutalnością libijskiej bezpiece, a Honecker nie miał tyle krwi na rękach co libijski dyktator). Merkel wie także co czują Libijczycy, którzy kilka tygodni temu zrzucili z siebie jarzmo. Przeżywała to we wschodnim Berlinie wieczorem 9 listopada 1989 r. gdy runął mur berliński, a ona wraz z tysiącami mieszkańców wschodniej części mogła bez przeszkód przejść na Zachód. To właśnie tej nocy pani Merkel postanowiła, że zajmie się polityką.

Gdy została niemieckim kanclerzem wydawało się, że nie zapomni o swoim wschodnioniemieckim rodowodzie. Byliśmy dumni, gdy w przeciwieństwie do poprzedników przypominała rodakom, że to polska Solidarność, oraz czescy i węgierscy dysydenci doprowadzili do tego, że mur runął, a Niemcy mogły się zjednoczyć. W obecności telewizyjnych kamer rugała Władymira Putina za gnębienie opozycji i organizacji pozarządowych, za morderstwa na antyrządowych dziennikarzach. Nie obawiała się gniewu Chin i spotkała się z Dalajlamą. Od George’a Busha domagała się zamknięcia obozu na Guantanamo.

Teraz z czysto politycznej rachuby Merkel obojętnie przygląda się jak Kaddafi topi w krwi libijskie powstanie. A sam dyktator chwali ją za rozsądek. Kanclerz milczy. Dla polityk wyrosłej na ideałach demokratycznej opozycji to najgorsza cenzurka z możliwych.

 

PS. Sprawdzałem jacy posłowie CDU w zabierali głos w sprawie Libii. Oprócz Eriki Steinbach, która chwaliła wyrzucenie Libii z komisji Praw Człowieka ONZ, ten temat nikogo nie zainteresował.

14:38, bartek.wielinski
Link Komentarze (13) »
czwartek, 03 marca 2011

Redaktor Krzysztof Feusette z „Rzeczpospolitej” postanowił zabrać głos w sprawie słynnego już komiksu  o Chopinie.  Temat ten już się zestarzał (zajmowaliśmy się tym tematem w zeszłym tygodniu), ale widocznie dopiero teraz do redakcji „RZ” dotarły egzemplarze komiksu, najpewniej kupione za 150 zł + koszta przesyłki za sztukę na Allegro.

Od razu dodam, że treść felietonu mnie mile zaskoczyła. Szczególnie, gdy z nudów zacząłem czytać między wierszami. Odkryłem, że występują w nim obok siebie cesarz Otton III i wicemarszałek Stefan Niesiołowski, a obok „supermózgów z Gazety Wyborczej” pada hasło „literacki Nobel”.

W części felietonu w której autor przechodzi do wniosków wkradły się jednak poważne nieścisłości. Pisze bowiem red. Feusette:

Na tę książeczkę składa się sześć fikcyjnych opowieści o Chopinie. Po co pisać fikcyjny życiorys wybitnego człowieka? Nie mądrzej byłoby za te pieniądze wydać komiks o życiu np. Adama Michnika albo wspomnianej już Angeli Merkel?

Otóż śpieszę poinformować, ze komiks o Angeli Merkel w Niemczech już wyszedł. W 2009 r. na księgarskim rynku furorę zrobiła przecież „Miss Tschörmänie”, opisujący w przesmiewczy sposób polityczną karierę Angeli Merkel. Strony komiksu obiegły cały świat i nawet „Rzeczpospolita” pisała o nim w sposób wyczerpujący.

A komiksy o Michniku regularnie publikuje „Gazeta Polska”. Mogę uwierzyć, że red Feusette nie czyta własnej gazety, ale „GP” to przecież w jego firmie  lektura obowiązkowa!

19:04, bartek.wielinski
Link Komentarze (1) »
środa, 13 października 2010

Wczoraj pisałem o tym jak to Bronisław Wildstein w „Rzeczpospolitej” odnalazł w III Rzeszy prekursorów gejowskiego zagrożenia i zarazem skuteczne sposoby na rozprawę z tym problemem.  Dziś autorzy „Rzeczpospolitej” postanowili odpowiedzieć.  Kilka godzin temu na czołówce swojego portalu wybili nawet moje imię i nazwisko. Taka atencja szczerze mnie zdziwiła.

Nie zdziwiło mnie jednak to, że red. Wildstein nie zabrał głosu w sprawie i na pomoc wezwał red. Semkę.  Stara zagrywka, sięgali po nią moi koledzy jeszcze w czasach piaskownicy.

Nie zdziwiło mnie też, że red Semka zaczął swój wywód odkrywczym zarzutem, że „najpierw piszę potem myślę”. Wszak red. Semka tylko pisze.

Nie zdziwiło mnie również to, że red Semka nie raczył odpowiedzieć, dlaczego jego redakcyjny kolega  w ogóle sięgnął po przykłady rodem z III Rzeszy, by zilustrować spór o tolerancję seksualną we współczesnej Polsce. Zamiast tego nazwał mnie antysemitą.

Dziwi mnie jednak to, że red. Semka ubierając się w szaty eksperta od Niemiec pozwala sobie pouczać czytelników, że „fakt bycia ofiarą III Rzeszy sam z siebie nie jest przepustką do statusu politycznego wzorca”.

- „W III Rzeszy masowo prześladowano komunistów, a jednak Niemcy szanując indywidualne cierpienia członków KPD pamiętają, że gdyby w 1933 roku do władzy doszli nie naziści, a bojówkarze spod znaku sierpa i młota, stosowaliby wobec swoich przeciwników z demokratycznej opozycji równie bezwzględne metody jak gestapowcy. To dlatego w tylu miastach byłej NRD - choć nie we wszystkich – Ernst Thälmann, lider KPD jako patron ulic czy szkół został zastąpiony przez innych demokratycznych patronów” – pisze red. Semka.

Wystarczyłoby jednak skorzystać z internetu, by odkryć, że plac Thälmanna jest nawet w zachodnioniemieckim Hamburgu, (z którego notabene pochodził i gdzie próbował wzniecić robotnicze powstanie). A jeżeli gdzieś w byłym NRD faktycznie przemianowano ulicę Thälmanna, to nie ze względu na jego działalność w KPD i jego plany przejęcia władzy, tylko przez sposób, w jaki obchodziła się z nim enerdowska propaganda. Był w końcu dla niej jednym z głównych bohaterów.

Zresztą wystarczyłby rzut oka na mapę Berlina.  Na ulicach stolicy Niemiec i okolicy KPD trzyma się mocno. I nie tylko tam. Niemcy jakoś nie za bardzo martwią się  tym, co by się działo gdyby w latach 30. to komuniści przejęli władzę. Red. Semka robi to za nich.

19:20, bartek.wielinski
Link Komentarze (8) »
czwartek, 16 września 2010

Dziś rano ujawniła się nadzwyczajna zbieżność poglądów niemieckiej polityk ze sporą grupą polityków polskich. Otóż Erika Steinbach, szefowa Związku Wypędzonych oświadczyła w telewizji ARD, że prof. Władysław Bartoszewski ma „zły charakter”. Steinbach wie to z własnych doświadczeń, bo pisała do Bartoszewskiego serdeczne listy, a on nie odpowiadał. Faktycznie, Bartoszewski to bardzo zły człowiek.

Politycy PiS listów do profesora nie pisali, ale z pewnością podpiszą się pod diagnozą Steinbach. Odkąd Bartoszewski wytknął osobom prowadzącym politykę zagraniczną za rządów PiS, że są „dyplomatołkami”, z ust działaczy i sympatyków tej partii padały pod adresem profesora różne inwektywy. Szczególnie wtedy, gdy Bartoszewski określił start Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich jako „nekrofilię”, a jego samego nazwał „hodowcą zwierząt futerkowych”. Ostatnio w kręgach patriotycznych określa się go mianem „Bydłoszewskiego”.

Steinbach ostatnio głośno zastanawia się nad odejściem z CDU i wkrótce może się stać politykiem bezpartyjnym.

Może znalazłoby się dla niej miejsce w PiS? W końcu Steinabch to też konserwatywny polityk. No tak jak prezes nie cierpi Bartoszewskiego.

14:50, bartek.wielinski
Link Komentarze (8) »
czwartek, 09 września 2010

- Polska już w 1933 r. szykowała się do wojny - mówiła  Erika Steinbach, szefowa Związku Wypędzonych (BDV) na posiedzeniu zarządu frakcji CDU . W ten sposób broniła swoich kolegów ze BDV, którzy twierdzili, że Polska również ponosi winę za wybuch drugiej wojny światowej, bo wiosną 1939 r. przygotowywała się do ataku na III Rzeszę. Za te wypowiedzi na popleczników Steinbach spadły już gromy. Teraz, gdy wypowiedź Steinbach upublicznił media, szefową Związku Wypędzonych czeka to samo. Szefowa BDV kolejny raz podpadła też kanclerz Angeli Merkel. Tym bardziej, że na tym samym spotkaniu skrytykowała kanclerz za zruganie Thilo Sarrazina, bankiera-rasisty, który twierdzi, że imigranci są genetycznie obciążeni lenistwem i niską inteligencją.

Steinbach swego czasu jako dowód na polskie złe zamiary wobec Niemców używała bliżej nieokreślonej przedwojennej pocztówki, na której widniały granice Polski sięgające Odry i Nysy. Teraz mówi o konkretnych przygotowaniach do wojny. Ma całkowitą rację.

W 1933 r. Józef Piłsudski planował wojnę prewencyjną przeciwko Adolfowi Hitlerowi, który właśnie przejął w Niemczech pełnię władzy i zapowiedział zerwanie z wersalskim podziałem Europy. Piłsudski jako jeden z pierwszych polityków Europy dostrzegł, że Hitler nie jest klaunem, a realnym zagrożeniem. Do pomysłu policyjnej wyprawy na Berlin nie udało mu się jednak przekonać Francji. Dlatego projekt upadł.

Szkoda tylko, że Steinbach nie zadała sobie intelektualnego wysiłku i nie zastanowiła się, jak wyglądałby świat, gdyby tak jak chciał Piłsudski, w 1933 r. narodowy socjalizm zduszono w zarodku.

12:31, bartek.wielinski
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010

Jestem zażenowany tym, co dziś zrobiła Kompania Piwowarska. Wystarczyło,  by dwaj etatowi krzykacze PiS zarzucili jej, że kala cześć zmarłego prezydenta i wezwali do bojkotu, a koncern podkulił ogon i zaczął przepraszać.

Poszło o hasło reklamowe piwa Lech:  Zimny Lech, które wywieszono pod Wawelem. Zdaniem pisowskiego duetu to kpina z pochowanego na zamku Lecha Kaczyńskiego.  Młodszy członek duetu wezwał nawet do bojkotu produktów koncernu.

Rano byłem przekonany, że krzykacze i ich akcja bojkotu zostanie po prostu wyśmiana.

Stawianie zarzutu, że reklamowanie marki popularnego od lat piwa ma na celu obrazę zmarłej głowy państwa jest absurdem. Nie mam wątpliwości, że atak pisowskiego duetu miał na celu nie walkę o honor Lecha Kaczyńskiego, tylko o ściągnięcie na siebie uwagi w środku sezonu ogórkowego. Tym bardziej, że  akcje obydwu w partii mają niskie notowania.

Kompania Piwowarska stchórzyła. Nie wiem czy zdają sobie sprawę ze skutków swojego kroku. Za tydzień, gdy kurz opadnie krzykacze zażądają zapewne zmianę marki Lech na Lach albo Mech, bo w końcu nazwa piwa (bez względu na to czy jest ciepłe czy zimne) nie może nawiązywać do imienia zmarłego. A później założą społeczny komitet, który będzie sprawdzał czy reklamy innych koncernów nie naruszają dobrego imienia Lecha Kaczyńskiego. Już wyobrażam sobie listę słów, których używani e będzie zabronione.

To jednak nie mój problem. Nie podoba mi się jednak to, że w Polsce nieustannie trwa żałoba po zmarłym prezydencie i choć nie był postacią świętą, powoli przeradza się w jego kult . Oburza mnie to, że byle poseł, pozwala sobie cenzurować slogany reklamowe.  Kompanii Piwowarskiej jest jak widać wszystko jedno.  Byle tylko nikt już nie krzyczał

Dlatego Lecha więcej już nie kupię

19:10, bartek.wielinski
Link Komentarze (11) »
czwartek, 29 lipca 2010

Ojciec Tadeusz wciska swoim owieczkom kit, że katastrofa na sobotniej Love Parade w Duisburgu to kara boża, która spadła na zdeprawowana europejską młodzież. - To było nic innego jak homoparada, parady homoseksualistów, lesbijek, narkotyki i alkohol, muzyka techno - mówił ostatnio (cytat za „Głosem Rydzyka”. „Nasz Dziennik” pisze w tym tonie od poniedziałku. Z prawdą nie ma to wiele wspólnego, ale jak pasuje do radiomaryjnej koncepcji gnijącego świata.

Na Love Parade wybrałem się w 2006 r . Wówczas po raz ostatni przeszła przez Berlin. Poszedłem z ciekawości. Bo w Polsce o Love Parade mówiło się, że to jedna wielka gejowska orgia, na której sypie się ecstasy. Myślałem, że jeśli tak rzeczywiście jest to trzeba to opisać. No i się rozczarowałem. Nie mam złudzeń, że wówczas ludzie na Love Parade pili i brali narkotyki. Ale czy w większym stopniu niż bywalcy zwykłych dyskotek? Raczej nie. Było duszno, upał, a mimo to karetki pogotowia jakoś nie wywoziły tysięcy fanów techno, którzy tracili przytomność. A tak by było, gdyby towarzystwo było naraz zaćpane i pijane w sztok.

Geje i lesbijki? Oczywiście, że byli. W tolerancyjnym Berlinie to nikogo nie dziwi i nie oburza. Ale stawianie imprezy, że Love Parade to gejowska impreza, to przesada. Miłośnicy techno to specyficzna grupa ludzi, ale bynajmniej nie jednej orientacji seksualnej. Na Paradzie proporcje homo i hetero rozkładają się wśród nich tak samo jak w innych grupach społecznych. Choć dla prowincjonalnych kaznodziei a’la ojciec Tadeusz każdy, kto ma kolorowe włosy czy ubiera dziwne ciuchy jest oczywiście „pedałem”. Im zresztą z gejami wszystko się kojarzy.

Przypomniał mi się podobny przypadek z katolickiej jakby nie był Austrii. Mają tam w jakimś miasteczku w Górnej Austrii proboszcza, który w podobny sposób analizował przyczyny i skutki ostatnich wielkich katastrof żywiołowych. Wyliczał, ze huragan Katrina  spustoszyła w 2005 r. Nowy Orlean była boża karą, która spadła na miasto rozpusty. Tsunami z 2004 r. to kara jaka spadła na zgnitych zachodnich turystów, a tegoroczne trzęsienie ziemi na Haiti to odpowiedź Pana Boga na kult voodoo. Rok temu proboszcza papież nominował na biskupa pomocniczego Linzu. Zarówno wierni i duchowni uznali, że z uwagi na w/w i inne poglądy księdza, jest to nominacja chybiona. I proboszcz szerzący wizję gnijącego świata w końcu biskupem nie został. Żeby tak się dało u nas ...

14:57, bartek.wielinski
Link Komentarze (7) »
piątek, 23 lipca 2010

Czekałem z wpisem do wieczora, bo przeglądałem internet w poszukiwaniu pewnych reakcji na wczorajszy wyrok Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Uznał on, że Kosowo ogłaszając dwa lata temu niepodległość nie złamało prawa międzynarodowego. Chodziło mi o komentarze łączące tą sprawę z naszym śląskim podwórkiem. Czekałem, aż odezwie się jakiś mądrala i zaalarmuje, że orzeczenie MTS otwiera drogę do secesji Górnego Śląska.

Kilkanaście lat temu ilekroć podnoszono temat tzw. „odrębnej tożsamości Śląska” dyżurni publicyści natychmiast przestrzegali, że to może spowodować bałkanizację regionu. Bałkanizację, czyli oderwanie się regionu od Polski i wojnę domową, podczas której sąsiad zabija sąsiada.  Czyli, że będziemy mieli drugą Bośnię, albo Kosowo.

Śląski język, narodowość – były wówczas tematami tabu, którymi zajmowali się co najwyżej "oszołomy" pokroju Jerzego Gorzelika z RAŚ. Dyskusji nie było, lokalne media pisały o tych pomysłach w jeden słuszny sposób: negując je bez wchodzenia w dyskusję. Bo było jasne, kto Ślązakom, a właściwie Ślązakowcom płaci za sianie zamętu. BDV i BND.

Dziś Gorzelik, notabene wybitny historyk sztuki, sam awansował na dyżurnego intelektualistę z Górnego Śląska. Celu nie zrealizował, bo Śląskowi nie przywrócono autonomii, nie uznano narodu, a prace nad kodyfikacją śląskiego jakoś dziwnie się przeciągają. Ale o Śląsku jego tożsamości/odrębności i poplatanej historii w sposób otwarty się rozmawia.A groźby secesji? Po latach wyszło, że to tak wielki absurd , że nawet śląski PiS nie straszy śląskimi zdrajcami, którzy za niemieckie pieniądze chcieliby rozwieźć się z Macierzą.

Reakcje na sprawę Kosowa tylko to potwierdzają. Wprawdzie dwa lata temu, gdy Kosowo ogłosiło niepodległość, rządowa „Rossijskaja Gazieta” wróżyła, że niby to samo mogą zrobić Ślązacy. Te argumenty, zamiast podchwycić,  od razu u nas wyśmiano. Teraz nawet nieprzychylni MTS i Unii Europejskiej prawicowi publicyści piszą o możliwej secesji Kurdystanu, ale od Śląska trzymają się z daleka. I bardzo dobrze.

22:23, bartek.wielinski
Link Komentarze (13) »
czwartek, 08 lipca 2010

Tego nie można tak zostawić. Z potoku słów Nelly Rokity, która wczoraj była gościem Moniki Olejnik widzowie mogli wyłowić oświadczenie, że żona niedoszłego premiera z Krakowa uczy się języka śląskiego. Przypuszczam, że gdy Rokita powiedziała, że Olejnik to „szwarno dziołcha” w wielu śląskich domach telewidzom pootwierały się w kieszeniach noże, choć ich tam nie mieli.

Lingwistyczne zainteresowania Nelly Rokity to dla Ślązaków fatalna wiadomość. Po pierwsze robi językowi fatalną reklamę. Śląski to w końcu język porządnych, ciężko pracujących ludzi. Rokita mówiąca po ślasku po prostu im uwłacza.

Po drugie, posłanka PiS jest jedną z tych nieporadnych osób, które za co się wezmą, to schrzanią. Boję się, że po  jej wczorajszym wyznaniu, nad językiem śląskim zawiśnie klątwa. Wszelkie próby jego rozpropagowania, które podejmują nasze śląskie autorytety z K. Kutzem na czele,  spełzną na niczym.

Dlatego apeluję: Nelly Rokito, odczep się od śląskiego. Chiński to też ciekawy język. A jak nim można zaszpanować w TV!

15:51, bartek.wielinski
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 05 lipca 2010

Z powodu powyborczej euforii ten temat jeszcze nie jest zbytnio eksploatowany, ale jest jasen, że PO ma od wczoraj najbardziej komfortową sytuację ze wszystkich partii rządzących w dużych krajach UE.

Polską nie targają wielkie afery (jak we Włoszech), gospodarka ma się całkiem dobrze, nie ma recesji (jak w Hiszpanii), nie ma presji gigantycznego zadłużenia, a w koalicji nie trzeszczy (jak w Niemczech), nie ma potrzeby wprowadzenia niezwykle bolesnych cięć budżetowych (jak w Wielkiej Brytanii). W końcu kraj nie jest też zakładnikiem megalomanii jednego przywódcy (jak we Francji). Jednym słowem jeśli reformować Polskę, to kiedy, jeśli nie teraz?

Drugie pytanie jakie się ciśnie na usta brzmi: czy rząd Tuska nie zmarnuje tej okazji? Czy pod presją sondaży nie stchórzy? Wszak nie ma reform, które byłyby bezbolesne, za każdą rządzący płacą spadkiem poparcia, a często i władzą.

Właśnie dlatego, w ostatnich latach spośród europejskich polityków jedynie niemiecki kanclerz Gerhard Schröder odważył się na poważnie reformować swój kraj (patrz przyjęta w 2003 r. Agenda  2010). Dwa lata później przez te właśnie reformy Niemcy wysadzili go z kanclerskiego fotela.

Ale w historii UE niechlubnie zapisała się też spora grupa polityków, którym odwagi ewidentnie zabrakło. Zamiast reformować, sięgali po rozmaite populistyczno-piarowskie  zagrywki, które miały zakryć ich niemoc. W efekcie też tracili społeczne zaufanie i władzę. Taki los może wkrótce spotkać koleżankę Tuska - Angelę Merkel. Chciałbym, by Tusk o tym nie zapominał.

Już za kilka miesięcy będzie widać na ile odważny jest premier i jego otoczenie. jedno jest jasne drugiej tak sprzyjającej okazji ten kraj prędko mieć nie będzie.

14:43, bartek.wielinski
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
wyborcza.pl
Bartosz Wielinski

w "Gazecie" pisze o Niemczech i Austrii, w latach 2005 - 2009 korespondent GW w Berlinie, wcześniej, w oddziale GW w Katowicach, pisał o Polakach i Niemcach na Górnym Śląsku.

top | Agora SA | design by kate_mac | zmiany: autor