Tytuł blogu jest trochę nieadekwatny, bo jego autor aktualnie próbuje przeżyć w Warszawie. Do Berlina stara się regularnie zaglądać
czwartek, 01 lipca 2010

 

Rzadko kiedy losy dwóch krajów układają się w tak zbieżny sposób. Zarówno Polska i Niemcy niespodziewanie znalazły się bez prezydentów. Kandydaci na ich następców, których wystawili do wyścigu, szefowie rządów, choć w polityce byli starymi wygami, to nie spełnili do końca pokładanych w nich oczekiwań. O Christianie Wulffie i Bronisławie Komorowskim prasa pisała tak samo: że są jowialni, bezbarwni, pozbawieni charyzmy.

Lepszych kandydatów w CDU i PO nie było. Zarówno Tusk i Merkel wykosili ze swoich partii potencjalnych rywali. Ławka kandydatów na następcę była króciutka

Od ich powodzenia w wyścigu zależała polityczna przyszłość  polskiego premiera i niemieckiej kanclerz. Wybory to w końcu nie tylko test na ich polityczną skuteczność ale i powszechne wotum zaufania. Merkel z próby wyszła wczoraj zwycięsko, choć dziś musiała obudzić się na kacu.

Powód? Wczoraj Wulff przeszedł dopiero w trzeciej turze. Przeciwko niemu głosowało kilkudziesięciu elektorów wystawionych przez jego partię CDU. To gorzkie zwycięstwo, wręcz policzek, ale pani kanclerz raczej to przeżyje.

W jakim nastroju obudzi się w poniedziałek Donald Tusk? Pewno też na kacu. Mam nadzieję, że nie na większym niż Merkel dzisiaj. Że Komorowski, tak jak Wulff, mimo wszystko wygra. A polsko-niemieckie podobieństwa się dopełnią.

P.S. Nie pasują do siebie jedynie kontrkandydaci. O pastorze Gaucku nawet chadecy nie powiedzą złego słowa. Niemcy go szanują, także za przyzwoitość i niezmienność poglądów. Nie mogę sobie wyobrazić, by Gauck powiedział o Die Linke, że to porządna partia lewicowa, albo, by mówił, że Honecker był patriotą. Jarosławowi Kaczyńskiemu podobne słowa przeszły przez gardło.

22:39, bartek.wielinski
Link Komentarze (3) »
środa, 30 czerwca 2010

Wybory prezydenckie w Niemczech trwały w sumie 9 godzin. Głosowano w 3 turach, kilka godzin zajęło wyczytywanie nazwisk wszystkich 1244 elektorów w Zgromadzeniu Federalnym, kilka godzin przerw pochłonęły przerwy. Straszna nuda. Pod koniec większość dziennikarzy uciekła z Bundestagu. Wyniki wyborów oglądali w TV albo w necie dzięki transmisji on-line.

Zgodnie z przewidywaniami wygrał Christian Wulff. Na niemieckiej scenie  politycznej nie będzie wiec żadnego przemeblowania. Rząd Merkel nie upadnie, choć kilkudziesięciu polityków CDU pokazało pani kanclerz żółtą kartkę, głosując na Joachima Guacka popieranego przez SPD i Zielonych. Taki protest niewiele kosztował. Prezydenta w Niemczech wybiera się w sposób tajny i otoczenie Merkel może tylko domyślać się kto zdradził...

To, co jednak zrobiło na mnie największe wrażenie, to sposób, w jaki politycy opozycji zareagowali na zwycięstwo Wulffa. Od razu ustawili się przed nim w kolejce i mu serdecznie gratulowali. Przynieśli też spore bukiety kwiatów. Wulff też godnie się zachował. W przemówieniu chwalił swojego rywala i zapewniał, ze szanuje tych, którzy głosowali przeciwko niemu.

Kiedy takie obyczaje uda się przenieść nad Wisłę?

22:29, bartek.wielinski
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 28 czerwca 2010

Zajrzałem ostatnio do Mikołowa, urokliwego miasteczka położonego kilkanaście kilometrów na południe od Katowic. Moją uwagę przykuł napis na poniższym plakacie:

Palikot Ryjnyje

Po śląsku godom jako tako, ale słowa "ryinyje" niestety nie znam. Może to jakiś nieznany mi dialekt ziemi pszczyńskiej? A może po prostu do Mikołowa przyjechoł jakiś gorol i se gupio naszkryfloł? Nie jest ci chopie gańba?

21:49, bartek.wielinski
Link Komentarze (7) »
sobota, 26 czerwca 2010

Prawie tydzień  polski obóz patriotyczny zastanawiał się, co począć z wypowiedzią niemieckiej wiceminister spraw zagranicznych i koordynatorki rządu ds. stosunków z Polską Corneli Pieper. Pani Pieper w zeszły poniedziałek, na nieformalnym spotkaniu z prasą powiedziała, że nie wierzy w przemianę Jarosława Kaczyńskiego, a jego ewentualne zwycięstwo wyborów doprowadzi do tego, że Polska znajdzie się na europejskim uboczu.

Szczere, choć niedyplomatyczne słowa Pieper to dla prezesa PiS ewidentny policzek. W starych czasach Kaczyński i jego otoczenie zareagowałoby na nie od razu, uznając panią minister za wroga Polski i stawiając ją w jednym szeregu z Eriką Steinbach. Po 10 kwietnia taka opcja nie wchodzi jednak w grę, bo po przemianie prezes Kaczyński Niemców zaczął darzyć szacunkiem, a nawet stawia ich osiągnięcia za wzór.

Jak więc zareagować ? Na szczęście jest „Rzeczpospolita” i jej ekspert od spraw niemieckich Piotr Semka, który wprawdzie trochę po terminie, ale rozprawił się niemiecką minister.

- Niemieckie media nie przepadają za Jarosławem Kaczyńskim, ale pamiętają lekcję kwietnia 2010 - pisze red. Semka wyliczając krytyczne sowa, pod adresem pani minister i jej wypowiedzi, które opublikowały  główne dzienniki RFN – „Welt” i „Frankfurter Allgemeine”. Przypomniał, że Zieloni zażądali nawet jej dymisji.  A przy okazji nawrzucał „Wyborczej”, bo wypowiedzi Pieper poświęciła ledwie notkę i prof. Bartoszewskiemu, bo od Pieper się nie odciął, a nawet ją poparł. Wiadomo, ani GW ani Bartoszewski lekcji kwietnia 2010 nie odrobili.

Ale czy to kwietniowy wstrząs stoi za krytyką Pieper w jej własnym kraju? Czy naprawdę, jak chce red Semka  „Niemcy ze zdziwieniem odkryli, że Lech Kaczyński okazał się bohaterem narodowym, a nie wyizolowanym i znienawidzonym przez naród politycznym awanturnikiem jak to uznano wcześniej”?

Bynajmniej. W Berlinie toczy się równie ostra walka polityczna jak w Warszawie, a wynik wyborów prezydenckich jest niepewny. Los rządu Angeli Merkel i jej samej wisi natomiast na włosku. Niemiecka krytyka  pod adresem Pieper bierze się stąd, że pani minister jest wpływowym politykiem FDP, partii która od miesięcy jest pod ostrzałem zarówno lewicy, jak i niemieckiej konserwy. Jej słowa o Kaczyńskim były jedynie pretekstem, do kolejnej pyskówki, która ani w Berlinie, ani w stosunkach polsko-niemieckich niewiele zmieni.

O Jarosławie Kaczyńskim i jego zmarłym bracie niemiecka klasa polityczna, jak i dziennikarze mają już wyrobioną opinię. Wbrew naiwnym twierdzeniom red. Semki po kwietniu 2010 nie uległa ona zmianie.

12:03, bartek.wielinski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 czerwca 2010

Niemiecki dziennikarz musi uważać na to, co mówi. Chwila nieuwagi, dwa słowa za dużo (nawet jeśli płynęły z głębi serca) i na człowieka spada powszechne potępienie. Dalsza kariera robi się niepewna. Taki scenariusz przydarzył się właśnie Katrin Müller-Hohenstein, dziennikarce  sportowej ZDF. Wczoraj komentowała mundialowy mecz Niemcy – Australia. Gdy w przerwie, w studiu odtwarzano moment, jak Klose wbija głową kangurom piłkę w siatkę, miliony Niemców przed telewizorami usłyszało, jak Müller-Hohenstein mówi: „ A dla Miroslava Klose to wewnętrzny Reichsparteitag, to że dziś strzelił tu gola ”

Przeżywać „wewnętrzny Reichsparteitag” oznacza: odczuwać we wnętrzu zwycięstwo, spełnienie i wielką radość.  Czuć to, co czułoby się na Reichsparteitagu czyli gigantycznym zjeździe NSDAP, który Hitler po objęciu władzy co roku celebrował w Norymberdze. Członkowie partii, SA-manni, SS-manni i cała reszta defilowała wówczas przed Führerem, a setki tysięcy widzów i uczestników łączyło się w narodowo-socjalistyczno-patriotycznym uniesieniu. Właśnie dlatego w dzisiejszej RFN używanie w/w zwrotu nie jest wskazane.

Wiadomo, że pod wpływem piłkarskich emocji człowiek gada różne rzeczy. Ale mimo to Niemcy postawili za te słowa red. Müller-Hohenstein pod pręgierzem. Jak kraj długi i szeroki powtarzano hasła o nazistowskim skandalu w ZDF, wypominano jej brak wrażliwości (wszak Klose ma polskie korzenie). Słychać było nawet żądania, by telewizja pożegnała się z komentatorką. ZDF zapowiedziało od razu, że Müller-Hohenstein nie zwolni, ale ją za „Reichsparteitag” mocno zgani. Na przyszłość pani redaktor będzie na pewno bardziej uważać.

To wcale nie jest takie proste. Jakiś czas temu kupiłem sobie słownik nazistowskich terminów, które zakorzeniły się w języku niemieckim. Tytuł 700 stronnicowego tomiska brzmi myląco – to „Słownik radzenia sobie z przeszłością”.  Objaśnia 1000 słów i zwrotów które ukuto III Rzeszy, albo wówczas nadano im nowe znaczenie. Wydawnictwo, jak na zawartość przystało, reklamowano w kontrowersyjny sposób, hasłem „od Anschlußu do Zyklonu B”.

Książkę powinni znać na pamięć nie tylko niemieccy dziennikarze. Dzięki niej uniknęliby bowiem bolesnych wpadek, podobnych do tej, jaką zaliczyła red. Müller-Hohenstein.  Swego czasu jeden z działaczy Centralnej Rady Żydów powiedział, że Żydów, którym pozwolono wyjechać z  ZSRR poddawano selekcji. Wybuchł oczywiście skandal, bo słowo „selekcja” ma jednoznaczne skojarzenia. Podobnie jak wtedy, gdy arcybiskup Kolonii publicznie przestrzegał przed „zdegenerowaną sztuką”. Tego terminu używał z kolei dr Goebbels w stosunku do niemieckich modernistów, których twórczość nie odpowiadała nazistowskim wyobrażeniom. Arcybiskupa wzywano wówczas do dymisji. Kolejny podobny skandal z ostatnich lat: Tchibo reklamowało się na stacjach benzynowych hasłem „Każdemu co mu się należy” – tłumaczeniem łacińskiej maksymy suum cuique. Hasło to naziści umieścili nad wejściem do obozu w Buchenwaldzie.

Jednym słowem nie tylko niemiecki dziennikarz musi uważać na to co mówi. Bo pułapek rodem z III Rzeszy w niemieckim języku jest pełno.


Red. Müller-Hohenstein mówi o "wewnętrznym Reichsparteitagu" Miroslava Klose

Czy chodziło jej o takie emocje ? (fragment "Triumfu Woli" Leni Riefenstahl, Reichsparteitag z 1934 r.)

 

21:35, bartek.wielinski
Link Komentarze (1) »
środa, 21 kwietnia 2010

Richard Czarnecki, europoseł PiS zdemaskował dziś na swoim blogu niemiecką telewizję ZDF, która puściła „kabaret w niewybredny sposób atakujący i ośmieszający śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego”. Europoseł jest zszokowany, bo komik „ wciela się w śp. polskiego Prezydenta, naśladując jednocześnie sposób przemawiania Adolfa Hitlera, i wprost stwierdza, że Lech Kaczyński kazał lądować pilotowi, mimo złej widoczności”, a program nadano tuż po katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem i powtarzano go także w dniu pogrzebu Pary Prezydenckiej.

Czarnecki pyta:

Co na to kierownictwo niemieckiej telewizji publicznej? Nic. Co na to niemiecki minister kultury? Nic. Co na to szef niemieckiego MSZ - bądź co bądź rzecz dotyczy Głowy sąsiedniego państwa? Nic. A co na to polskie MSZ? Też nic. A co na to TVP, która jest wraz z ZDF w jednej europejskiej organizacji nadawców telewizyjnych? Też oczywiście nic.

Inne pytanie jakie stawia sobie Czarnecki brzmi: „jakie są intencje władz niemieckich?”. Odpowiedź ciśnie się sama na usta. Intencje są wrogie.

Z reguły nie zajmuję się działalnością niemieckich satyryków, bo to co mają do zaprezentowania jest po prostu słabe, bez  względu czy ich żałosne dowcipy dotyczą Polski czy nie. W Niemczech wysmakowane poczucie humoru się nie sprzedaje. Za Odrą ludzie reagują na ciężkie i toporne dowcipy. Taki kraj, nie ma się co obrażać

Dlatego nie miałem zamiaru zajmować się najnowszym odcinkiem „Neues aus der Anstalt”, w którym faktycznie przez chwilę żartowano ze śmierci Lecha Kaczyńskiego. Komik, który to robił wystawiał marne świadectwo samemu sobie i stacji, która płaci mu honorarium.

Ale Richard Czarnecki w swoim antygermańskim uniesieniu tak odleciał, że trzeba go ściągnąć na ziemię i napiętnować parę kłamstewek, którymi raczył czytelników swojego bloga.

Po pierwsze: europoseł ma wspaniały refleks , bo sprawa  dotyczy soboty.

Po drugie: nikt nie próbował przyrównywać śp. Lecha Kaczyńskiego do Hitlera – komik mówił po niemiecku z polskim akcentem. Czarneckiemu jak widac wszytsko kojarzy się z jednym.

Po trzecie: na kolanach za kabaret przepraszali szef ZDF i ludzie odpowiedzialni za program, a także członkowie rady programowej ZDF m.in. ważny polityk CDU Ruprecht Polenz. Zrobili to prawie natychmiast, zanim ktokolwiek z naszych dyplomatów zdążył zareagować, co i tak miało miejsce.

Po czwarte: sprawą w ZDF interweniowała też  Cornelia Pieper, wiceszefowa niemieckiej dyplomacji.

Po piąte: wczoraj o sprawie duży materiał nadały Wiadomości TVP. Mimo, że materiał trzymał się standardów ul. Woronicza, tzn. ostro walił w Niemców, to europoseł Czarnecki jakoś go nie zauważył.

Pewnie w tym czasie oglądał ZDF.

19:50, bartek.wielinski
Link Komentarze (8) »
piątek, 12 lutego 2010

Marek Magierowski napisał na portalu Rzepy, że mój ostatni wpis to godny tabloidu paszkwil pod adresem jego redakcyjnego kolegi. Cóż, żyjemy w wolnym kraju i każdy ma prawo do dowolnej oceny, nawet jeśli tak jak Magierowski lubi nadużywać mocnych słów.
Na potwierdzenie powyższego przywołuje cytaty z m.in. niemieckiej prasy dotyczące bilansu sprawy Eriki Steinbach. Z przytoczonych tekstów jasno wynika, że wszyscy komentatorzy twierdzą, że Steinbach wygrała starcie z Angelą Merkel. Inaczej myśli tylko dziennikarz Wyborczej, autor paszkwila, czyli niżej podpisany.
To, że Magierowski tak otwarcie powołuje się na niemiecką prasę jest sporym postępem. Do tej pory jego redakcja traktowała ją podejrzliwie, węszyła antypolskie spiski i atakowała niemieckich korespondentów w Polsce. Dopiero teraz niemieckich dziennikarzy uznano za wiarygodnych komentatorów. Szkoda, że Magierowski wybrał cytaty pasujące do tezy. Popierające rząd komentarze np. Sueddeutsche Zeitung czy publicznej telewizji ARD przeoczył. Na pewno nieumyślnie.
Ja oczywiście pozostaję przy swoim. Steinbach na starciu z rządem nic nie ugrała. W Widocznym Znaku wypędzeni nie będą mieli więcej do powiedzenia (mieli 3 miejsca w 13 osobowej radzie teraz będą mieli 6 w 21 osobowej). Muzeum zaś będzie nadzorować nie rząd, a parlament, w którym przewagę mają partie nieprzychylne wypędzonym. Czyli weźmie Widoczny Znak na krótszą smycz. A przy okazji doprowadziła do prawdziwej furii Angelę Merkel (nawet Rzepa o tym pisała). Kto choć trochę zna niemiecką kanclerz wie, że raczej prędzej niż później dla Steinbach źle się to skończy.

20:39, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Dodaj komentarz »

Bo spór o kontrowersyjną szefową Związku Wypędzonych wczoraj niespodziewanie zakończył się jej przegraną.  Kreowana od lat przez publicystów „Rzepy” na najbardziej wpływowego polityka RFN Steinbach została praktycznie na lodzie. Nie będzie miała bezpośredniego wpływu na berlińskie muzeum wypędzonych, choć to ona przed laty rzuciła hasło jego budowy. Wpływy jej związku będą w nim ograniczone Wypędzeni będą mogli wysłać do 21 osobowej rady zarządzającej 6 członków, o ile na kandydatury zgodzi się Bundestag.

Steinbach przegrała też jako polityk CDU. U kanclerz Merkel jest zupełnie spalona. To efekt ostatnich publicznych ataków na Merkel, knucia z jej nieprzyjaciółmi w partii, grożeniu rządowi sądem i stawianiu mu ultimatum. Jest jasne, że Steinbach wkrótce podzieli los tych polityków chadecji, którzy wcześniej ośmielili stanąć kanclerz na drodze i wyląduje na zielonej trawce.

„Rzepa”  bankructwa Eriki Steinbach jakoś nie dostrzegła. W cale mnie to nie dziwi. Głupio przecież po latach przyznać, że przesadziło się  pisząc tyle o niemieckim zagrożeniu. Można tak jak robi to dziś Piotr Semka obracać kota ogonem i przekonywać, że to „zwycięstwo nie budzi satysfakcji”. Co w takim razie usatysfakcjonowałoby „Rzepę”. Chyba tylko ekstradycja Steinbach do Polski, proces i długoletnia odsiadka.

- Dziś mamy kompromis – tyle, że po dwuletnim schlebianiu ziomkostwom przez chadeków i po dziesiątkach medialnych pytań w stylu “dlaczego Polacy tak nienawidzą tej kobiety”? – pisze Semka.

Cóż, prawem partii dbać o swój elektorat (tak jak PiS ma prawo kręcić lody z Radiem Maryja), a obowiązkiem dziennikarzy jest pytać. Jednak według Semki w sprawie Steinbach każda okoliczność obciąża Niemcy.

-  Teraz o obsadzie dodatkowych miejsc w radzie decydować będzie nie rząd federalny, ale Bundestag. Bezpośredni nadzór rządowy nad władzami akurat tego muzeum był wyrazem woli eliminowania wszelkich ekstremizmów. Nominacje parlamentu oznaczają, że rada będzie raczej odzwierciedlała układ sił w Bundestagu – pisze w końcu Semka też o swoich obawach i udowadnia, że z całej sprawy niewiele zrozumiał.

Nie wyobrażam sobie, by przez głosowanie w Bundestagu mógł przejść ekstremista, przed którym tak przestrzega Semka. W niemieckim parlamencie wypędzonych popiera jedynie chadecja i to nie cała. Pozostałe 4 partie, mają do nich delikatnie mówiąc krytyczny stosunek. Będą dokładnie studiować ich życiorysy i dociekliwie odpytywać z poglądów na najnowszą historię. Jednym państwowa słowem smycz założona na muzeum wypędzonych będzie  teraz krótsza. Czemu Semka straszy więc niemieckim „układem” ?

Bo Niemcami trzeba straszyć. Semka tej linii się od dawna trzyma.

10:56, bartek.wielinski
Link Komentarze (6) »
czwartek, 28 stycznia 2010

Dobrze, że Donald Tusk wycofał się z wyścigu o prezydencki fotel. Po dwóch latach rządów jego nazwisko stało się w UE całkiem dobrą marką. Jako prezydent nie mógłby już robić z niej użytku.

Reputację na europejskiej scenie Tusk zawdzięcza to po części swoim talentom, a po części swojemu poprzednikowi, który ostentacyjnie okazywał Unii chłód i nieufność. Nie da się jednak ukryć, że polskiego premiera w Europie się słucha. Tusk, to jego kolejna zaleta, w UE potrafi grać na różnych fortepianach. Dogaduje się z wielkimi (szczególnie z Niemcami), ale nie jest ich marionetką. Gdy trzeba Polska potrafi zbudować koalicję małych (jak podczas negocjacji klimatycznych) i utrzeć dużym nosa. Rola Tuska będzie na pewno rosła. Polska to przecież kraj o wielkim potencjale, który w Europie dopiero wybija się na swoje.

Jako prezydent Tusk musiałby z zejść unijnej sceny i zadowolić się małoznaczącą rolą biernego reprezentanta kraju. Trudno sobie wyobrazić, że toczyłby ze swoim następca spór o krzesło na unijnych szczytach czy podkładał nogę nowemu szefowi MSZ.

A jako premier Tusk będzie dalej rozwijać się jako europejski polityk. Wkrótce stanie się jednym z głównych rozgrywających na unijnej scenie. A to trampolina do dalszej kariery w unijnych instytucjach.

Z dobrego źródła wiem nawet, że do pozostanie szefem rządu od kilkunastu miesięcy namawiała go Angela Merkel. Europie też zależy, by premierem szóstego kraju Wspólnoty pozostał sprawny polityk, którego wszyscy znają.

19:43, bartek.wielinski
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 stycznia 2010

Erika Steinbach bynajmniej nie chce usunąć się w cień. Robi tylko wszystko, by nie opadł szum wokół jej osoby.

Steinbach dziś oficjalnie podała warunki, pod jakimi jest gotowa zrezygnować z wejścia do rady Widocznego Znaku - muzeum wypędzonych, które w Berlinie ma budować niemiecki rząd. Cena jest wysoka: Angela Merkel ma dać wypędzonym więcej foteli w radzie (do tej pory mają 3) i pozwolić im delegować na nie kogo tylko chcą. Dodatkowo muzeum ma stać się niezależna instytucją (według uchwalonej w 2008 r. roku ustawy podlega berlińskiemu Niemieckiemu Muzeum Historycznemu). Jeśli te warunki zostaną spełnione, Steinbach wycofa się i trwający od kilku miesięcy ostry spór chadecji z liberałami zostanie zażegnany. - To propozycja kompromisu - ogłosili działacze Związku Wypędzonych oraz związani z nimi politycy CDU i CSU.

Problem w tym, że tu  nie o kompromis chodzi. Steinbach w zamian za swoje odejście żąda, by Widoczny Znak wyjęto spoza kontroli niemieckiego rządu. Dzięki temu ludzie szefowej Związku Wypędzonych mogliby beż żadnych ograniczeń wykorzystywać muzeum do szerzenia swojej wizji historii, w której wypędzeni po wojnie Niemcy byli niewinnymi ofiarami Polaków i  Czechów. Stałoby się to, czego od lat obawia się Warszawa. W niemieckiej stolicy powstałby finansowany z niemieckiego budżetu ośrodek manipulowania historią. Merkel i jej rząd staliby się zakładnikami wypędzonych.

Właśnie dlatego na kompromisową propozycję Steinbach nie będzie zgody. Nie wierzę zresztą, by wypędzeni nie zdawali sobie z tego sprawy, zanim puścili swoją propozycję w eter.

W całej szopce z kompromisem chodzi bowiem głównie o to, by z nowym rokiem rozkręcić przycichającą sprawę na nowo. Wypędzeni rzucają  niemieckim i polskim dziennikarzom świeży kawałek mięsa, bo to ich sprawdzeni, choć nie zawsze świadomi sojusznicy. Latami budowali wizerunek Steinbach, odważnej polityk, która broniąc prawdy o cierpieniach niemieckich wypędzonych była szkalowana przez polskich nacjonalistów i ich sojusznikami na niemieckiej scenie politycznej. Rząd Merkel próbuje sprawę wyciszyć, ale media dzięki zabiegom Steinbach na to nie pozwolą.

Medialny kociokwik zresztą już się zaczął. Jednak czy Steinbach coś na nim nie ugra?  Wątpliwe. Duet Merkel i Westerwelle nie zaryzykuje dla Steinbach stosunków z Polską. To było jasne już kilka miesięcy temu. Poza tym początek 2010 r. to nie jest dobry moment, by stawiać Angelę Merkel pod ścianą. Jej rząd szykuje się właśnie na nadchodzącą falą bezrobocia, walczy z kryzysem i potwornym zadłużeniem. W obliczu takich problemów sprawa Steinbach jest zbyt błaha, by marnotrawić na nią czas.

13:51, bartek.wielinski
Link Komentarze (12) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
wyborcza.pl
Bartosz Wielinski

w "Gazecie" pisze o Niemczech i Austrii, w latach 2005 - 2009 korespondent GW w Berlinie, wcześniej, w oddziale GW w Katowicach, pisał o Polakach i Niemcach na Górnym Śląsku.

top | Agora SA | design by kate_mac | zmiany: autor