Tytuł blogu jest trochę nieadekwatny, bo jego autor aktualnie próbuje przeżyć w Warszawie. Do Berlina stara się regularnie zaglądać
piątek, 18 grudnia 2009

Właśnie tak o Trawny, która właśnie wygrała przed sądem ponad milion złotych odszkodowania za zabraną przez  Polskę nieruchomość w Nartach, piszą polskie media. „Niemka wygrała”, „Niemka zabierze dom”, „Niemka wyrzuci Polaków na bruk” - takie tytuły maja świetne wyczytanie, bo polscy czytelnicy lubią czytać o tym co znowu uknuli przeciwko nam Niemcy, nasi odwieczni wrogowie. Na tym samym stereotypie od kilku lat jadą politycy PiS, którzy odwiedzali mieszkańców Nart i zapowiadali, że Niemce na zabór polskiej ziemi nie pozwolą.

Tyle, że nie jest to sprawa typu „zła Niemka przeciwko Polsce”. Agnes Trawny mimo, że od 30 laty mieszka w Niemczech ma ciągle polskie obywatelstwo. Walczy o swoje w granicach polskiego prawa, przed polskim sądem. Ten jej znowu zresztą przyznał rację i uznał, że państwo polskie nie miało prawa pozbawiać jej majątku. Była to wówczas standardowa procedura, która spotykała wszystkich, którzy decydowali się na wyjazd na Zachód w ramach łączenia rodzin. Ci, którzy decydowali się na wyjazd zostawiali w Polsce majątek całego życia.

Gdyby Trawny wyjechała w latach 70. do Kanady czy do Francji i dziś upominałaby się o ojcowiznę, sprawa nie wywoływałaby większych kontrowersji. Doceniano by pewno upór repatriantki, która chcąc umrzeć na polskiej ziemi, walczy z bezduszną polską biurokracją. Trawny wraca z Niemiec i politycy i dziennikarze instynktownie widzą w niej tylko zagrożenie.

Co więcej dzisiejszy wyrok, notabene nie prawomocny, wcale nie oznacza, że Polskę zaleją niemieckie pozwy, a odszkodowania posypią się z automatu. Każdy przyszły pozew polski sąd będzie wnikliwie rozpatrywał, słuchając przy tym racji drugiej strony. Ci, którzy zechcą walczyć z Polską muszą zebrać sporo pieniędzy na adwokatów i uzbroić się w cierpliwość - sprawa Trawny trwa już kilka lat. Nie znaczy to jednak, że człowiek jest w polskim sądzie bez szans tylko dlatego, że 30 lat temu wyjechał z Mazur czy Śląska do Niemiec.

12:59, bartek.wielinski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009

Jak bumerang wraca sprawa monachijskiej awantury Jana Rokity sprzed 10 miesięcy. Niemiecka policja  wyprowadziła wówczas awanturującego się byłego posła z samolotu. Nie chciał iść po dobroci, to zakuto go w kajdanki. Po powrocie do Polski żalił się jeszcze, że padł ofiarą niechęci Niemców do Polaków. Wielu w to tłumaczenie uwierzyło, choć równie wielu twierdziło, że Rokita najpierw szarpiąc się ze stewardessą, a potem rozpaczliwym głosem wzywając pomocy przed policjantami, skompromitował się do cna.

Do tej pory w dyskusji nie pojawił się wątek odpowiedzialności za czyny. Rokita, jak uznał niemiecki sąd, popełnił przestępstwo i to wcale nie błahe, bo miało miejsce na pokładzie samolotu. Bez względu na to, kim Rokita jest w polskiej polityce, powinien ponieść za to karę. Podobnie, gdyby do incydentu doszło w Polsce, czy gdziekolwiek indziej na świecie. Żaden polityk, choć wielu często tak się wydaje, nie jest świętą krową. W Niemczech nikt nie ma z tym problemu. W zeszłym roku 3 tys. euro grzywny musiał zapłacić prominentny polityk SPD w Brandenburgii Steffen Reiche, którego stewardessa oskarżyła, że po sprzeczce złośliwie podłożył jej nogę.

Nie wierzę w to, że Niemcy Rokicie karę odpuszczą. Może nie wydadzą za nim europejskiego nakazu aresztowana, ale będą próbować ściągnąć grzywnę rękami polskiego komornika. Mają w ręku mocne argumenty, bo Rokita od incydentu tak bardzo ignoruje niemiecki wymiar sprawiedliwości, że nawet nie odwołał się od grzywny. Rokita może przeciągać sprawę, próbować zamieniać ją  w polsko-niemiecką szopkę. Nie zmienia to faktu, że popełnił przestępstwo i powinien ponieść karę. Najlepiej  by było, gdyby zapłacił, zamknął sprawę i oszczędził sobie wstydu.

14:39, bartek.wielinski
Link Komentarze (13) »
wtorek, 08 grudnia 2009

Prezes PiS Jarosław Kaczyński wreszcie mówi z sensem. W wywiadzie dla Radia Kielce powiedział, że Polska powinna stać się drugą Bawarią.

Pomysł jest kapitalny, a co więcej do zrealizowania. Bawaria jeszcze kilkadziesiąt lat temu bardzo Polskę przypominała. Rolniczy land wyraźnie odstawał od reszty Niemiec, a jego nazwa powszechnie kojarzyła się z zaściankiem. Dziś Monachium, bawarska stolica, jest najlepiej rozwijającym się miastem Niemiec. Sam land jest w czołówkach większości niemieckich rankingów: począwszy od zamożności, bezrobocia (a właściwie jego braku) na wynikach dzieci w nauce skończywszy. Co więcej Bawarom udało połączyć stare i nowe. Do landu ściągnęli firmy wykorzystujące najnowocześniejsze technologie, ale dalej rozwijali rolnictwo. Dlatego mottem Bawarów stało się hasło : „skórzane portki i laptop”. Gdyby Polska tak jak chce Kaczyński zbliżyła się do poziomu Bawarii, nasze motto mogło by brzmieć np. „high-tech i smalec”. Ale mielibyśmy wówczas powód do dumy.

To, że Bawaria przeszła tak imponującą transformację to zasługa polityków CSU, która od pół wieku dominuje na tamtejszej scenie politycznej. To partia, do której można przyrównać ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Tak samo konserwatywna, związana z kościołem (Bawaria to największy katolicki land Niemiec) i tak samo skłócona z resztą sceny politycznej. W przeszłości politykom CSU zdarzało się, tak jak PiS-owi napuszczać na politycznych przeciwników specsłużby. CSU nieustannie chce też bronić niemieckich tradycji i wartości (PiS w podobny sposób broni Polski), a Unia Europejska partii nie zachwyca.

CSU na unowocześnianiu Bawarii jednak straciło. Od partii w zastraszającym tempie odchodzi elektorat. Dwa lata temu przeżyła trzęsienie ziemi - z powodu skandalu wokół inwigilacji wewnątrzpartyjnych przeciwników odszedł jej długoletni przywódca Edmund Stoiber.

Rok temu przeżyła kolejne upokorzenie - po raz pierwszy od zakończenia wojny straciła w landzie absolutną większość. Potem nadeszły kolejne złe wiadomości - złe wyniki w wyborach do europarlamentu (w czerwcu) i do Bundestagu (we wrześniu). Szef partii i bawarski premier Horst Seehofer, by ratować sondaże odwołuje się  do najbardziej konserwatywnego elektoratu (tak samo robi Kaczyński), szermuje populizmem, ale efektów to nie przynosi.  Choć CSU dostaje w sondaża ciągle 45 proc. głosów, to widac , ze jest na równi pochyłej. Wizja, że kiedyś straci w landzie władzę nie jest już mrzonką.

Powód? CSU nie zauważyło, że wraz z landem zmienili się sami Bawarczycy. Złagodnieli, otwarli się na resztę Niemiec, a potem na świat. Słynny bawarski konserwatyzm i ksenofobia się rozwodnił. Pomogli w tym zresztą Niemcy z innych landów, którzy ściągnęli do Monachium, Ingolstadt i Augsburga za lepszą pracą. Teraz głosują już nie na CSU, a na liberałów czy zielonych.

Mam nadzieję, że prezes PiS rzucając hasło przemiany Polski w drugą Bawarię był świadomy tego, że im lepiej będzie się żyło Polakom, tym bardziej podupadać będzie jego partia. I że się z tym pogodził.

17:41, bartek.wielinski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 listopada 2009

Gdybym był niemieckim politykiem to bym kaca po szczycie miał. W Berlinie od lat głośno mówi się o potrzebie wzmocnienia UE, o kryzysie przywództwa. Niemcy wymyślili traktat lizboński i potem forsowali go w Europie. Ci, którzy tak jak Lech Kaczyński czy Vaclaw Klaus ośmielali się go głośno krytykować, natychmiast obrywali po głowie od niemieckiej prasy. W kuluarowych rozmowach niemieccy politycy mówili o nich, że są europejskim zaściankiem, myślą po staremu i nie chcą, by Europa szła do przodu.

Miarą kroku, który wczoraj wieczorem wykonała Europa jest jej nowy rządzący tandem, którego przywódcy dosłownie wyciągnęli z kapelusza. Mocno wierzę, że unijny prezydent Herman van Rompuy i szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton nie sa takimi słabeuszami, jak widzi ich większość komentatorów. Że starczy im talentu, by zbudować podległe im instytucje ( np. służba dyplomatyczna UE praktycznie nie istnieje) oraz wypracować sobie respekt w Europie i poza nią.

Problem w tym, że rozgrywający w Europie Niemcy i Francja celowo postawiły na ludzi z drugiej ligi. Chodziło o takich kandydatów, którzy nigdy nie będą w stanie zdominować Angeli Merkel czy Nicolasa Sarkozyego. Unia ma nikomu nieznanego prezydenta i równie nieznaną szefową dyplomacji. Ale liczy się to, że Berlin i Paryż nie ograniczyły swoich wpływów. Będa dalej Unię rozgrywać, a image Merkel jako Matki Europy nie zblaknie.

Dziś trudno uwierzyć, że wspólnota będzie dzięki temu naprawdę silniejsza. Odważyłbym się na tezę, że jest osłabiona, bo w błyskach fleszy prysło złudzenie, że w UE wszyscy członkowie są równi, a głos każdego bierze się pod uwagę.

Na tle uporczywego tłumaczenie Polakom czy Czechom o konieczności robienia ustępstw na rzecz Europy wczorajszy wybór szczególnie za Odrą wygląda fatalnie. Merkel z tego powodu kaca jednak nie ma.

13:29, bartek.wielinski
Link Komentarze (1) »
środa, 18 listopada 2009

W związku z kolejna odsłoną sprawy Eriki Steinbach na  portalu „Polski The Times” Łukasz Słapek pisze, że

Erika Steinbach, szefowa Związku Wypędzonych - w którym jedna trzecia z 200 członków, przynajmniej tylu się do tego otwarcie przyznaje, to zatwardziali naziści - walczy o posadę w Fundacji "Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie".

Zawsze wydawało mi się, że Związek Wypędzonych liczy co najmniej milion członków, a nie tylko 200. Ale skoro Łukasz Słapek tak pisze, to pewnie tak jest. Pytanie jak 200 osobowe stowarzyszenie było w stanie narobić takiego hałasu? No i czemu nie zajęły się nim niemieckie specsłużby, skoro co trzeci członek to „zatwardziały nazista”? Jestem pewien, że autor „Polski” zna odpowiedź i na te pytania.

12:36, bartek.wielinski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 września 2009

W Niemczech utarło się przedstawiać politykę za pomocą kolorów. CDU to czarni, SPD, a także postkomuniści z Die Linke posługują się czerwienią. Liberałom z FDP przypisano kolor żółty, Zielonym oczywiście zielony.

Kolory przechodzą na partyjne koalicje: Niemcami rządził „Schwarz-Gelb” (czarni i żółci), „Rot-Grün” (czerwono-zieloni), rok temu w Hamburgu związał się nawet „Schwarz-Grün”, a w Berlinie od lat rządzi „Rot-Rot”. Cztery lata temu, gdy po wyborach zapanował absolutny pat  Niemcy postanowili rozszerzyć słownik pojęć. Pojawiła się Jamaika (koalicja czarno-żółto-zielona, takie same barwy ma flaga karaibskiej wyspy) i „koalicja świateł drogowych” (czerwono-żółto-zielona). Szczególnie ta pierwsza wersja ostro kręciła dziennikarzy: sojusz FDP i Zielonych wydaje się ciągle nie do pomyślenia, ale  pomysł jest tak egzotyczny, że o Jamaice można bez końca pisać.

Cztery lata temu rząd utworzyli jednak czarni i czerwoni. Kilku dziennikarzy chciało ochrzcić ten sojusz mianem koalicji albańskiej (od koloru flagi), ale termin się nie przyjął. Na pierwszy rząd Merkel mówiono albo „Schwarz-Rot” albo „wielka koalicja”.

W tegorocznej kampanii piarowcy Merkel i szefa FDP Westerwellego musieli długo kombinować, jak nazwać ich przyszłą koalicję. "Szwarz-Gelb" nie wszędzie w Niemczech dobrze się kojarzy. Część Niemców pamięta fatalną końcówkę rządu Helmuta Kohla, który też stał na czele koalicji CDU i FDP. Czarno-żółty starała się też zohydzić Niemcom SPD i Die Linke. Zamiast z tym walczyć, przyszli koalicjanci postanowili uciec do przodu. Tak narodziła się koalicja Tigernete czyli Tygrysiej Kaczki.


Tygrysią Kaczkę wymyślił Janosch, pochodzący z Zabrza słynny niemiecki bajkopisarz. To nierozłączny gadżet, który pojawia się obok Tygryska i Misia. Kto czytał „Ach jak piękna jest Panama, to wie o co chodzi”.  Tym którzy nie czytali wyjaśnię, że drewniana Tygrysia Kaczka ma kółka i ciągnie się ją na sznurku. Jej nazwa pochodzi zaś od żółto-czarnych pasków, w  jakie jest pomalowana. W Niemczech stworzenie osiągnęło status symbolu, a z badań wynika, że wywołuje u młodych i starszych wyłącznie pozytywne reakcje. Czy podobnie będzie z „Tigerente-Koalition”? To się okaże.

Jednak tych w Berlinie, którzy patrząc jak często prasa sięga po ich termin gratulują sobie świetnego piarowskiego posunięcia, chciałbym przestrzec przed gniewem Janoscha. Pisarz lata temu zaszył się na Teneryfie i pewnie nie czytuje nawet „Bilda”. Ale prędzej czy później dowie się co pani kanclerz robi z jego kaczką. A wtedy może być nieprzyjemnie. Wiem, bo cztery lata temu przez kilka dni podróżowałem razem z Janoschem po Śląsku. O politykach wszelkiej maści wyrażał się nadzwyczaj niepochlebnie. Dodawał do tego przekleństwa – po niemiecku, polsku i rosyjsku.  Nie zdziwiłbym się gdyby ściągnął do siebie telewizje i powiedział nowemu rządowi coś naprawdę przykrego. Telewizje na pewno do niego przyjadą, Janosch to dla Niemców coś więcej niż Westerwelle i Merkel.

Może więc lepiej by było, gdyby Niemcy wrócili do starego Schwarz-Gelb?

13:21, bartek.wielinski , Niemcy - Polityka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 września 2009

Niewielu polityków miało w życiu tyle szczęścia co Angela Merkel, stara-nowa kanclerz Niemiec.

9 listopada 1989 r. Wali się mur berliński. Trzydziestopięcioletnia doktor fizyki, pracownik akademii nauk NRD decyduje, że będzie politykiem. Wstępuje do Demokratycznego Przełomu, partii która po zjdenoczeniu Niemiec została wchłonięta przez CDU. W ostatnim rządzie NRD zostaje zastępcą rzecznika prasowego. Po zjednoczeniu Helmut Kohl tworzy ogólnoniemiecki rząd. W gabinecie brakuje mu kobiety z wschodnioniemieckim rodowodem. Ktoś podsuwa mu Angie. Merkel zostaje małoznaczącym ministrem ds. młodzieży. Ale się sprawdza Cztery lata później zostaje ministrem ds. środowiska, wchodzi do ścisłego kierownictwa CDU.

Jesień 1998 r. Kohl przegrywa wybory i traci posadę. Zaraz po tym wychodzi na jaw, że kampania wyborcza CDU byłą finansowana z czarnych kont, na które pieniądze wpłacał m.in. znanny lobbysta związany z przemysłem zbrojeniowym. Kanclerz Zjednoczenia jest skończony, chadecja leci w dno razem z nim, a jej przywódcy nie wiedzą co robić. Merkel stawia wszystko na jedną kartę. Na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” publikuje tekst wzywający chadeków do odcięcia się od Kohla i do nowego początku. W partii potworne oburzenie, wielu chadeków głównie tych z zachodu, mówi, że Merkel podniosła rękę na swojego ojca i żąda dla niej kary. Ale partia przyjmuje jej receptę na przejście kryzysu. W 2000 r. Merkel zostaje szefową CDU.

Jesień 2002 r. Merkel jest szefową partii, ale w kolejnych wyborach przeciwko espedowskiemu kanclerzowi Schröderowi startuje Edmund Stoiber, premier Bawarii i szef bratniej CSU. Merkel jako kandydatka na kanclerza jest dla chadeckiej konserwy niestawialna. Stoiber ma zwycięstwo w kieszeni, bo SPD w sondażach tonie. Niemcy nawiedza jednak powódź stulecia, Schröder rusza na zalane tereny i pokazuje się Niemcom jako dobry gospodarz. Przewaga CDU maleje. Wprawdzie chadecja wygrywa wybory, ale ma za mało głosów, by odebrać SPD i Zielonym władzę. Stoiber odchodzi w cień.

Lipiec 2005 r. Schröder doprowadza do przyspieszonych wyborów do Bundestagu. Chadecy chętnie wystawiliby przeciwko niemu kogoś innego, ale nie ma czasu na wewnątrzpartyjne targi i kontrkandydatem zostaje Merkel. We wrześniu wybory wygrywa, ale znowu ma za mało głosów, by zawrzeć koalicje z liberałami z FDP. Tworzy więc wielką koalicją z socjaldemokratami. To trudny sojusz, ale Merkel udaje się od początku go zdominować.  Ma bardzo dobrych piarowców, którzy tworzą od zera wizerunek zaangażowanej ale skromnej matki narodu. Na szczęście po stronie SPD nie ma polityków, którzy mogliby ją przyćmić swoją charyzmą.

Odnosi sukcesy w polityce zagranicznej. No i ma farta. Pierwsze trzy lata rządów przypadają na czas prosperity, spada bezrobocie, budżet jest coraz bliższy stabilizacji, a Niemcy są głównym eksporterem na świecie. Gdy w 2009 r. w świat uderza kryzys Merkel nie za bardzo wie co robić, ale mimo to nie traci zaufania Niemców.

27 września 2009. Kolejne wybory. Chadecja jak zwykle traci głosy na finiszu kampanii wyborczej. Wygrywa, ale osiąga kolejne historyczne dno. Ratuje ją FDP, która zgarnia rekordowe 14,6 proc. głosów. Gdyby nie kapitalny wynik liberałów Merkel przez kolejne 4 lata tkwiłaby w wielkiej koalicji. Teraz – jak przyznaje - może jako kanclerz rozwinąć skrzydła na całego.

Nad Niemcami zbierają się jednak  ciemne chmury – według ekonomistów w  najbliższych miesiącach  mocno wzrośnie bezrobocie, a wiele firm splajtuje. Merkel będzie miała teraz pod górkę, a jej dotychczasowe problemy mogą okazać się błahe w porównaniu z tym co ją czeka. Bez wątpienia Merkel jest niezywkle utalentowanym politykiem. Ale by utrzymać swoją popularność, poparcie oraz kontrolę nad własną partią Merkel będzie dalej potrzebować szczęścia.

12:25, bartek.wielinski , Niemcy - Polityka
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 września 2009

Spór, o to czy zapraszać Donalda Tuska do Berlina na 20. rocznicę  upadku muru był najkrótszym i najdelikatniejszym zgrzytem na linii Warszawa-Berlin w ostatnich latach. Nasi dyplomaci bez większych wysiłków przekonali Niemców, że bez Polski tak ważnej rocznicy obchodzić nie sposób. Zadziałali tak szybko, że politycy po obydwu stronach Odry (z wyjątkiem Pawła Grasia, który wyjątkowo kuriozalnie tłumaczył kulisy sprawy) nie mieli okazji dolać oliwy do ognia.

Jednak niesmak pozostaje.

Ta dyskusja nie powinna mieć po prostu miejsca.  To nie jest kwestia polskiej nadwrażliwości, jak widział to jeden z wysokiej rangą niemieckich dyplomatów.  W europejskiej rodzinie wielkie rocznice obchodzi się wspólnie. To kwestia dobrych obyczajów. W Berlinie najwyraźniej zabrakło w tej sprawie wyczucia.

Stosunki polsko-niemieckie osiągnęły taki poziom zażyłości, że mniejsze czy większe nieporozumienia nie powinny już wywoływać emocji. Ale też w epoce Merkel, doskonale rozumiejącej przecież Wschodnią Europę, nie miał prawa się zdarzyć tego typu popis ignorancji w stosunku do sąsiadów. Nawet jeśli w Niemczech trwa akurat kampania wyborcza.

Chciałbym, by politycy w Berlinie wzięli to sobie do serca.

22:28, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 07 września 2009

Swego czasu polskie listy przebojów podbijał kawałek "W aucie", który przy okazji wskrzeszał słynnego Franka Kimono. Jakiś czas temu śląska grupa o naziwe Lebry (pol. lenie) przeniosła utwór na swój rodzinny grunt. Wyszło przezabawnie. Zwykle nie słucham takiej muzyki, ale tekstu słuchałem z łezką w oku. Niektóre hasła ostatni raz słyszałem za bajtla (pol. w dzieciństwie).

Dla Czytelników stroniących od ostrych tekstów łagodna mieszkanka śląsko-latynoska.

23:33, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (5) »

Nagi Hitler zabawiający w łóżku piękną dziewczyną w wypuszczonym w sobotę filmiku przestrzegającym przed AIDS (aż dziw bierze, że Niemcy jeszcze nie zatrzęśli się z oburzenia) to wprawdzie intrygująca, ale jednak nie pierwsza próba wciągnięcia twórcy III Rzeszy do świata reklamy. Pogrzebałem w Google i znalazłem takie kwiatki:

To sugestywna niemiecka reklama prezerwatyw. Jeśli nie będziesz ich stosować, możesz spłodzić pana z takim wąsikiem. Prezerwatywy dla zachowania globalnej równowagi propagowano także w wersji z Osamą i przewodniczącym Mao.

A skoro jesteśmy przy bezpiecznym seksie...

Pewna chińska firma twierdzi, że gdyby ludzie się zabezpieczali, na świat nie przyszliby następujący osobnicy:

 

Ostatnia sztuka wygląda mi na cesarza Hirohito, ale głowy nie dam

Swego czasu w Niemczech wybuchła awantura wokół skromnej reklamy bońskiego domu mody Hut & Weber. Reklama wprawdzie pokazuje ile zależy od właściwego doboru kapelusza (bez nakrycia głowy Hitler, z nakryciem C. Chaplin), ale Niemcy uznali ją za skandaliczną.

Hitlera wykorzystywały tez firmy kosmetyczne (Tylko czy prawdziwy Hitler pozbyłby się swojego wąsa) ...

i portale genealogiczne (sprawdź czy twoim przodkiem nie jest pan H.)

Jestem przekonany, że umknęło mi jeszcze wiele przykładów. Przecież Hitler do reklamy nadaje się idelanie - jest rozpoznawalny (każdy uczył się o nim w szkole), nie trzeba pytac go zgodę ani płacić za wykorzystywanie wizerunku (nie żyje i nie pozostawił spadkobierców) no i jest wielkim tematem tabu. Każdorazowe użycie jego twarzy, albo chociazby wąsów, odbija się w mediach szeroki echem. A o to chodzi, bo reklama idzie w świat.

I tak najwięksi zbrodniarze w historii stają się ikonami współczesnej kultury.

14:36, bartek.wielinski , Niemcy - obyczaje
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
wyborcza.pl
Bartosz Wielinski

w "Gazecie" pisze o Niemczech i Austrii, w latach 2005 - 2009 korespondent GW w Berlinie, wcześniej, w oddziale GW w Katowicach, pisał o Polakach i Niemcach na Górnym Śląsku.

top | Agora SA | design by kate_mac | zmiany: autor