Tytuł blogu jest trochę nieadekwatny, bo jego autor aktualnie próbuje przeżyć w Warszawie. Do Berlina stara się regularnie zaglądać
niedziela, 06 września 2009

Ciągle mnie przekonują, że przecież żyjemy w zupełnie innej Europie. Tak, panie i panowie, żyjemy w zupełnie innej Europie, ale to nie oznacza, że nie ma możliwości jakiejkolwiek powtórki – mówił prezydent Lech Kaczyński w „Sygnałach Dnia”, przestrzegając przed nową odsłoną Paktu Ribbentrop - Mołotow.  Dodał, że wątpi, by w Europie mogła wybuchnąć kolejna wojna, chociaż nic nie jest wykluczone. - Ale to nie oznacza, że niektóre państwa nie mogą być całkowicie zdominowane przez obce wpływy – wyjaśniał.  Prezydent nie powiedział wprost, kogo się obawia. Ale z jego słów jasno wynika, że chodzi o Rosję i Niemcy.

Obawy prezydenta trudno jednak potwierdzić. Rosja i Niemcy planują wprawdzie budowę  gazociągu bałtyckiego, który ominie Polskę, a w rękach Moskwy może stać się narzędziem gazowego szantażu. Decyzję o budowie Niemcy podjęli nie pytając się nikogo w Europie o zdanie.  Dalej forsują projekt mimo, że poważne zastrzeżenia kolejne  zgłaszały polskie rządy.  Podwodna rura, to jednak za mało, by mówić o nowym spisku Berlina i Moskwy godzącym w ich sąsiadów.

Prezydentowi trzeba za to przypomnieć, że gdy w 2007 r. wybuchła polsko-rosyjska wojna o mięso, Niemcy stanęły po naszej stronie, a zmuszenie Rosjan do zniesienia embarga było jednym z priorytetów niemieckiej prezydencji w UE. Rok temu szef niemieckiej dyplomacji naciskał na Kreml, by otworzył cieśninę Pilawską i wpuścił statki na polski  Zalew Wiślany.  Podczas zeszłorocznej wojny w Gruzji czy zimowego kryzysu gazowego, który pozbawił ogrzewania mieszkańców Bałkanów  to akurat  nie Niemcy były krajem, który patrzał na rosyjskie postępowanie przez palce.  Fakt, za rządów Gerharda Schrödera, o Władimirze Putinie mówiono w Niemczech, że jest „kryształowym demokratą”. Ale dziś Berlin nie jest już tak naiwny.

Europa – jak zauważa prezydent – też nie jest taka sama.  Unia Europejska powstała po to, by uchronić kontynent właśnie od powtórki z 1939 r. Gwarancja pokoju i stabilności będzie tym pewniejsza, im silniejsza będzie wspólnota. Im mocniejsza będzie unijna solidarność, im donośniej głos UE brzmiał będzie na świecie. To są dość proste prawdy.

Jeśli prezydent faktycznie tak obawia się sąsiadów, powinien być głównym orędownikiem wzmacniania integracji. Powinien od początku kadencji budować w UE silną pozycję Polski . Tymczasem od roku nie podpisał traktatu lizbońskiego, o wzmacnianiu UE zwykle wyraża się niechętnie, nie protestował,  gdy rząd PiS o mały włos nie doprowadził do izolacji Polski.

Chciałbym, by prezydent  zamiast przestrzegać przed historycznymi wrogami,  zaczął wyciągać z historii wnioski.

11:26, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 czerwca 2009

W Berlinie pod Reichstagiem postawiono fragment ceglanego muru ze Stoczni Gdańskiej, na którym zawieszono tablicę z podziękowaniami  dla „Solidarnośći” i Polski za obalenie komunizmu i zjednoczenie Europy. Dla Polaków sprawa jest jasna – Niemcy wystawili "Solidarności" piękny pomnik.

Ale Niemcy sami nie wiedzą jak to to nazwać. Według ich wyobrażeń nie można mówić o murze per „Denkmal” (pomnik) – bo w niemieckim pomniki to wolnostojące dzieła sztuki. Mur ze stoczni stoi przecież tuż przy murze Reichstagu i ciężko mówić o nim jak o artystycznym dziele.

Co więcej, pomniki w Niemczech mają kolejną wyróżniającą cechę – na ich budowę wymagane jest zezwolenie budowlane.  Gdyby Bundestag chciał budować Solidarności prawdziwy, niemiecki pomnik, to musiałby o nie wystąpić i toczyć potem boje z władzami Berlina. Trwało by to kilka lat – „Solidarności” na pewno by nie uhonorowano na 20. rocznicę upadku komunizmu.  No i Niemcy bardzo bali się, ze jak wystawią Polakom pomnik, to z pretensjami przyjdą Czesi, Węgrzy, Rumunii, Litwini itd. którzy też mają swój wkład w obalenie komunizmu.

By obejść przepisy i nie prowokować innych krajów do nowych żądań Niemcy mówią, że „Solidarność” uhonorowali „Gedenktafel” – tablicą pamiątkową, co w polskim  tłumaczeniu brzmi niezwykle żałośnie. Wczoraj w Bundestagu sami Niemcy przyznawali w konsternacji, że ta nazwa jest beznadziejna, bo nie odpowiada rzeczywistości.  W końcu stawiają pod Reichstagiem kawał muru o wymiarach trzy na trzy i mają teraz o tym mówić per „tablica”?

Ale jak to więc nazwać? „Gedenkstätte” ? (miejsce pamięci) – zupełnie nie pasuje. „Gedenkstein”, „Gedenkzeichen” ? – dajcie spokój. Może „Gedenkmauer”  - może by to miało sens, ale mur w Berlinie ma specyficzne konotacje. Niemcy są w kropce. Wystawili „Solidarności” kawał muru z dziękczynną tablicą i nie wiedzą jak to w swoim języku nazwać.

Podpowiem  więc – Solidarność-Denkmal.

11:39, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (8) »
środa, 17 czerwca 2009

Nadaję z Berlina :) Przyleciałem tu za polskimi posłami, którzy odsłonią pod Reichstagiem pomnik Solidarności. Godzinę temu polscy posłowie spotkali się z  niemieckimi kolegami w sali konwentu seniorów Bundestagu.

Dziennikarzy wpuszczono na posiedzenie tradycyjnie na kilka pierwszych chwil. Akurat stałem przy samych drzwiach, gdy wchodzili polscy posłowie. Niemcy do nich kulturalnie: „Guten Morgen, Guten Morgen” – było wszak jeszcze rano.  Polacy sympatycznie kiwali głową.

Tylko wicemarszałek Stefan Niesiołowski zanurzył się w rozważaniach: – Ty jak to szło guten morgen – butem w mordę? – pytał kolegi ( chyba wicemarszałka Szmajdzińskiego).

Nie wiem jaką odpowiedź Niesiołowski usłyszał, ale straszenie mu jestem wdzięczny. Przypomniał mi bowiem popularny wierszyk z dzieciństwa. To były czasy! Każdy na podwórku chciał być wtedy Hansem Klosem, albo co najmniej jednym z czterech pancernych. Potem jednym to przeszło, a innym zostało.

Tak czy owak bardzo dziękuje, panie marszałku.

10:59, bartek.wielinski , Niemcy - obyczaje
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 czerwca 2009

”Szef MSZ w samolocie z czarnym krzyżem” obwieszcza portal Dziennik.pl. Chodzi o wspólną podróż Radosława Sikorskiego i szefa niemieckiej dyplomacji Franka-Waltera Steinmeiera do Kijowa. Sama podróż sensacją nie jest (Jacek Pawlicki pisał o tym w GW jakieś dziesięć dni temu).

Sensacyjnie brzmią natomiast szczegóły, które ujawnia autor ”Dziennika” Jędrzej Bielecki. 

Otóż:

obaj polecą oficjalnym samolotem kanclerskim, na którego skrzydle widnieje napis „Luftwaffe” i czarny krzyż niemieckich sił powietrznych. Polskie źródła dyplomatyczne przyznają, że ze względu na złe skojarzenia z III Rzeszą przedstawiciele naszych władz próbowali przekonać Berlin do zamalowania obu napisów na czas rejsu. Ale ze względów protokolarnych okazało się to niemożliwe

Niestety prawda w tym cytacie kończy się po pierwszym zdaniu. Faktycznie Sikorski i Steinmeier do Kijowa polecą maszyną Luftwaffe - to taki wyraz nowej polsko-niemieckiej przyjaźni i współpracy.

Na wszelki wypadek obdzwoniłem swoje kontakty w Warszawie i Berlinie. Gdy cytowałem im Jędrzeja Bieleckiego ludzie zaczynali się śmiać do słuchawki. Dziwi mnie to jak ”Dziennik” ma czelność serwować ludziom tego typu bzdury.

Nikomu w polskim MSZ nie przyszłoby nawet do głowy, domagać się od Niemców, by zamalowali znaki rozpoznawcze na swoim samolocie. Nie dlatego, że nasi dyplomaci to miłośnicy czarnych krzyży, ale dlatego, że to niemożliwe. Zgodnie z prawem samolot musi mieć oznaczenia przynależności państwowej - tak jak statek banderę. To także symbole państwa i jego armii. Rzekome żądanie polskiej strony, byłoby oznaką ignorancji oraz totalnego braku szacunku dla gościa i wstępem do międzynarodowego skandalu. Jak zresztą zareagowałaby Polska, gdyby jakiś inny kraj prosił, by zamalować na samolocie polskiego prezydenta szachownicę, bo się źle kojarzy?

Zresztą polscy żołnierze w ramach NATO biorą udział w isjach razem z niemieckimi sojusznikami. Jakoś im niemieckie czarne krzyże nie przeszkadzają

No i jeszcze parę słów o skojarzeniach red. Bieleckiego. To prawda, że nazwa Luftwaffe (siły powietrzne) przetrwała niezmieniona od czasów III Rzeszy, choć RFN gdy w latach 50. odbudowała swoją armię zmieniła nazwę wojsk lądowych na Bundeswehrę a marynarki wojennej na Bundesmarine. Luftwaffe zostawiono  najprawdopodobniej dlatego, bo nazwa jest politycznie neutralna w przeciwieństwie do np. Kriegsmarine, które w nazwie ma słowo ”wojna”, od której RFN się odżegnuje.

Natomiast na niemieckich samolotach maluje się już inne czarne krzyże, niż 70 lat temu. Zamiast prostego krzyża, który malowano za czasów Hitlera, dziś maluje się symbol krzyża żelaznego - słynnego niemieckiego odznaczenia wojskowego. Z góry informuje red. Bieleckiego, że nie jest to niestety symbolika nazistowska. Pierwsze żelazne krzyże nadawano już podczas wojen napoleońskich.

Każdy powód jest dobry, by zacząć małą polsko-niemiecka awanturę. Nawet, jeśli pochodzi on prosto z bezkresnej wyobraźni autora.

14:56, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (15) »
wtorek, 09 czerwca 2009

Oburza mnie to, że polityk o wielkich europejskich aspiracjach, we własnym kraju boi sie stawić czoła ksenofobom

Tak postępuje Donald Tusk, który w ostatniej kampanii wyborczej kulił się przed antyniemieckimi zagrywkami PiS. Zagrywkami notabene zakrawającymi o paranoję.

Gdy niemiecki „Spiegel” napisał rzetelny materiał o Europejczykach, którzy pomagali Hitlerowi mordować Żydów, PiS rozkręcił awanturę, że Niemcy przypisują Polsce odpowiedzialność za Holokaust. Gdy niemiecka chadecja po raz kolejny domagała się potępienia wypędzeń, PiS uznał to za kwestionowanie polskiej granicy zachodniej i zarzucił PO, że nie broni polskości Szczecina.

W zeszły piątek, ostatni dzień kampanii wyborczej pisowski kandydat Michał Kamiński napisał na blogu o swoim rywalu z PO, że jest „berlińskim lizusem”. - Herr Zalewski czy twoja służalczość wobec Niemców nie zna naprawdę żadnych granic? - pytał.

Nie wiem czy antyniemiecka nagonka w ostatnich tygodniach kampanii faktycznie przysporzyła PiS-owi głosów i zaszkodziła PO. Jednak od polityka, który chce odgrywać w Europie ważną rolę, oczekuję stanowczej i ostrej reakcji na ksenofobiczną retorykę. Nawet, jeśli zraziłoby to część wyborców. Europejskie wartości w tym przypadku powinny mieć prymat.

Donald Tusk do reakcji się nie palił, a jego partyjni koledzy bali się wychylić, nawet, gdy PiS ich obrażał i sięgał po najbardziej absurdalne argumenty.

Z niemieckich źródeł dyplomatycznych wiem z kolei, że za kulisami kampanii przyboczni Tuska obdzwaniali Berlin błagalnie domagając się reakcji. - Niech CDU i CSU odwołają poparcie dla wypędzonych, niech się Niemcy za Polską wstawią - takie prośby napływały do urzędu kanclerskiego. Polski premier najwyraźniej chciał, by to Niemcy zamiast niego zajęli się walką z PiS.

Partia Jarosława Kaczyńskiego nie po raz pierwszy sięgnęła po antyniemieckie karty. Tusk powinien być na to przygotowany. Dlatego tym bardziej oburza mnie, że znowu dał się zepchnąć do narożnika.

12:31, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (11) »
sobota, 23 maja 2009

W politycznym repertuarze Jarosława Kaczyńskiego ataki na Niemców to standard. Wczoraj na konwencji w Rzeszowie prezes PiS użył do tego „Der Spiegla” i „Gazety”. Świadomie mijał się przy tym z prawdą.

To była kolejna odsłona sporu o tekst w niemieckim tygodniku, poświęcony Europejczykom, którzy pomagali nazistom w ludobójstwie Żydów. „Spiegel” powołując się na naukowców wyliczył ich liczbę na 200 tys. Napisał, że bez ich pomocy Niemcy nie byliby w stanie przeprowadzić Holokaustu na taka skalę. W tym kontekście obok kolaborujących Francuzów, Holendrów, Bałtów czy Ukraińców wymienił też polskich chłopów.

Od tygodnia „Rzeczpospolita” „Dziennik” i „Polska” publikują litanie zarzutów pod adresem tekstu. Uznały, że „subtelnie fałszuje historię” i obwinia Polaków o współudział w Holokauście. Te tezy powtórzył w sobotę w Rzeszowie prezes PiS.

Zaatakował też „Gazetę”, za to, że „Spiegla” broniła. - Wyborcza jest dziś gazetą „polskich Europejczyków", a oni nie cofną się przed niczym. Nie cofną się przed podniesieniem ręki na godność naszego narodu, na to wszystko, co dla nas święte. „Polscy Europejczycy” są gotowi oskarżyć nas o to, że nie byliśmy ofiarami hitleryzmu, a z nimi współdziałaliśmy – oświadczył.

Kaczyński dwukrotnie minął się z prawdą. Po pierwsze „Spiegel” nie oskarżał Polski o współudział w Holokauście, i bynajmniej nie próbował pomniejszać odpowiedzialności Niemiec za zbrodnie wojny. Polska (szmalcownicy, mord w Jedwabnem czy powojenne pogromy) pojawia się w artykule na marginesie. Żadnych zarzutów tygodnik nie stawia, ani nie próbuje wybielać Niemców.

Takich tez nie stawiała też „Gazeta”. Przeciwstawiliśmy się nagonce na „Spiegla”, uznając, że to porządnie udokumentowany tekst o kolaboracji Europejczyków z nazistami. Tego samego zdania byli cytowani przez nas specjaliści: prof. Adam Rotfeld, były szef MSZ czy dr Dariusz Libionka, wybitny specjalista od Holokaustu z Lublina.

Prezes PiS przyznał, że czytał sobotnią „Gazetę”, a przecież to w niej opublikowaliśmy tłumaczenie tekstu ze Spiegla. Mógł przekonać się, co naprawdę napisano o pomocnikach Hitlera. Jednak na dwa tygodnie przed eurowyborami Kaczyński bardzo potrzebuje fikcyjnych wrogów, by zmobilizować wyborców i poprawić sondaże. Niemcy, którzy fałszują historię i wspierająca ich w tym „Wyborcza” pasują mu do tego jak ulał. Prawda nie gra tu żadnej roli.

23:18, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 maja 2009

W moim dzisiejszym tekście poświęconym awanturze o cover-story z najnowszego Spiegla” (ten o Europejczykach, którzy pomagali Hitlerowi mordować Żydów) napisałem, że chór publicystów oburzonych na tę publikację, tekstu najpewniej nie czytał. Dzień później pozostaje mi tylko powtórzyć to samo. Z góry przepraszam Piotra Semkę za bijącą z tych słów złośliwą arogancję.

 

Wyżej wymieniony publicysta "Rzeczpospolitej" najnowszego "Spiegla" nie miał w rękach. Gdyby było inaczej, to nie czepiałby się, że w tekście nie wspomniano

 

jak polskie państwo podziemne piętnowało szmalcownictwo i jak podziemne trybunały skazywały za to na śmierć. Tak chwalony (przez Wielińskiego) jest tekst nie wyjaśniający jak karano za ukrywanie Żydów w tak chwalonej w niemieckim tygodniku Danii, a jak karano pomaganie Żydom w Polsce. Artykuł, w którym nie ma nic o Żegocie, o pomocy w ewakuowaniu bojowców żydowskich z walczącego getta i o tym, ilu Polaków zapłaciło życiem za pomoc Żydom.

 

Zrozumiałby, że artykuł przecież nie jest o tym. To nie tekst o Holokauście w Polsce, tylko materiał o kolaboracji i współudziale w ludobójstwie, który obciąża nie Polaków, a inne narody wschodniej i zachodniej Europy. Polska jest tu marginesem. W tekście nie da się tego przeoczyć.

 

Takie domaganie się pisania przy każdej okazji o polskim bohaterstwie podczas wojny mnie osobiście razi. Świadczy bowiem o kompleksie niższości autora.

I tak na marginesie. Opisując przypadek ocalonego z Holokaustu Marcela Reicha Ranickiego, autorzy wspominają, że Polak który go ukrywał ryzykował wszystkim, czyli życiem. Piotr Semka twierdzi, że tego w tekście nie było.

 

Nie czytał „Spiegla” również Andrzej Talaga z "Dziennika", choć Piotr Semka mnie do niego zrównuje z miażdżącym dla mnie rezultatem. Gdyby czytał w jego tekście nie pojawiłby się taki kwiatek:

 Niemcy wyłonili z siebie hitlerowską władzę, która nakazała zbrodnię, co obciąża cały naród, a nie tylko dewiacyjne jednostki. Nawet państwa kolaboranci wprowadzały przepisy antyżydowskie lub wydawały Żydów, (jak Vichy) na żądanie Niemiec. Mocarstwa, które mogła każdego niepokornego ukarać inwazją. Nikt inny, poza Niemcami z własnej woli nie dokonał unicestwienia swoich Żydów. 

A „Spiegel” opisuje przecież w kilku miejscach, to co zresztą doskonale wiedzą zajmujący się Holokaustem historycy.  Ku zdumieniu samych Niemców w wielu miejscach w Europie miejscowi z własnej inicjatywy i wielkim zapałem wzięli się za mordowanie Żydów. Tak było w Rumunii, na Litwie i Słowacji czy we Francji Vichy, która jak pisze Spiegel” z własnej woli wydała dekrety antyżydowskie. Niemcy grozili inwazją krajom, które nie represjonowały Żydów? Ciekawa teza. Czemu nie zaatakowano Bułgarii, która odmówiła ich deportacji?

Nie wiem,co gazety wydrukują jutro, ale mam nadzieję, że tym razem polscy publicyści oszczędzą sobie wstydu i Spiegla” przeczytają.

 

No i na koniec taka refleksja o wykorzystywaniu autorytetów w walce z niemieckim rewanżyzmem. Dzwoni dziennikarz do autorytetu i mówi Spiegel  obciąża Polaków winą za Holokaust”. To nieprawda, ale autorytet tego nie wie, bo Spiegla akurat nie czytał. Mówi  więc, że to skandal. W gazecie pisze na drugi dzień, że kłamliwa publikacja niemiecka oburzyła liczna polskie autorytety. Wymienia się je z nazwiska.

22:50, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (7) »
wtorek, 19 maja 2009

Tak zrobiła Angela Merkel. Pod koniec lat 70., jako świeżo upieczona magister fizyki starała się  o posadę asystenta na uniwersytecie w Ilmenau. Przyjechała na rozmowę wstępną, a ta przebiegła całkiem dobrze. Po rozmowie Merkel zaprowadzono do innego pokoju, gdzie miała rozliczyć bilety za przejazd.  W pokoju czekał zaś smutny pan, który przedstawił się jako pracownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (czyli Stasi) i zaczął nagabywać Merkel do współpracy.

To wydarzenie stało się dziś newsem dnia, bo Merkel opowiedziała o tym w wieczornym talk-show „Menschen bei Maischberger“. Program nagrywano wcześniej i opowieść pani kanclerz zaczęła krążyć po portalach informacyjnych już wczesnym popołudniem.

O rozmowie Merkel pisała już cztery lata temu w jej biografii „Mein Weg”. Pisała wówczas, że bezpieczniak dziwił się jej oporom, mówiąc, że wszyscy na uniwersytecie donoszą. W telewizji ujawniła jak go zbyła. Po prostu powiedziała mu, że nie nadaje się na agentkę, bo za dużo gada.

Czy ze współpracy ze Stasi faktycznie tak łatwo można było się wymigać? Pytałem o to kiedyś pastora  Joachima Gaucka, pierwszego szefa instytutu ds. akt Stasi. – Właśnie taką linię proponowałem młodym ludziom, którzy radzili się u mnie jak się wymigać od donoszenia– odpowiedział. Stasi przecież od swoich tajnych współpracowników, wymagała, by absolutnie trzymali gębę na kłódkę. Z donosicieli, o których wszyscy wiedzieliby, że donoszą, nie byłoby żadnego pożytku.  Nawet spotkania z oficerami prowadzącymi odbywały się w ścisłej konspiracji. Agent dostawał telegram, że przesunięto mu np. próbę w amatorskim teatrze, w którym się udzielał o godzinę. To był znak, że spotkanie z agentem odbędzie się w mieszkaniu operacyjnym w najbliższy czwartek o godz. 16.  

Stasi rezygnowała jednak z tych, którzy nie potrafili poddać się rygorom konspiracji. Gauck radził, by nagabywani mówili więc, że bardzo chcieliby współpracować dla dobra państwa robotniczo-chłopskiego, ale jest jeden szkopuł. Po wódce (a piją od czasu do czasu) tracą nad sobą kontrolę i mogą wszystko wygadać. Albo po prostu powiedzieć, że absolutnie wszystko mówi się żonie, więc ona pierwsza dowie się o chwalebnej współpracy z organami bezpieczeństwa.  W takiej sytuacji Stasi zwykle odpuszczała. Tym bardziej, że chodziło o młodych ludzi, którzy dopiero wchodzili w dorosłe życie i jeszcze nie wiele znaczyli. Tak jak Angela Merkel pod koniec lat 70. Na ich miejsce można było zwerbować innych. 

Jednak jeśli Stasi na kimś zagięła parol, to nie odpuszczała. Szantażem i groźbami wymuszała współpracę oraz dyskrecję. Opowieści o piciu wódki nie robiły na jej oficerach wrażenia.

Czy młodzi Niemcy korzystali z możliwości uniku? Gnauck opowiadał, że raczej rzadko. Współpraca ze Stasi była bowiem przepustką do wielkiej kariery. Słynny dziennikarz sportowy Hagen Boßdorf ochoczo został TW „Florianem Werferem”, bo marzyła mu się praca w mediach. Po latach owocnej działalności marzenie się spełniło. Kaca moralnego nie miał. Oficerowie Stasi wbili mu do głowy, że współpracując pomaga państwu. Sprawa wyszła na jaw dopiero pod koniec 2005 r., gdy Boßdorf był u szczytu kariery. Współpraca ze Stasi przyspieszała też przydział na mieszkanie czy trabanta. Opierać się po prostu nie opłacało. Tym bardziej, że rekrutujący oficer zapewniał, że donoszą wszyscy (w rzeczywistości w 16 mln NRD współpracowało ok. 100 tys. osób).

Odmowa wszechmocnej Stasi była zaś aktem odwagi, bo karierę zamykała. Merkel nie dostała posady na uniwersytecie – wysłano ją do laboratoriów wschodnioniemieckiej akademii nauk. Obroniła tam wprawdzie doktorat, ale na profesurę nie miała żadnych szans.

23:28, bartek.wielinski , Niemcy - Historia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 maja 2009

Sprawa Eriki Steinbach już przycichła, ale w naszym kraju publicyści udowadniają, że mimo to można o niej napisać ciągle coś zaskakująco świeżego.  Tak jak zrobił to Grzegorz Jankowski, naczelny dziennika „Fakt”. Wczoraj łamów użyczył mu „Die Welt”.

Jankowski, na co nie odważyli się nawet przenikliwi publicyści „Rzeczpospolitej” rozważa przypadek Steinbach w kategoriach geopolitycznych. Daje przy tym niespodziewany popis głębokiej wiedzy o tej materii.  

Uczciwie przestrzega czytelników, że jego teza jest prowokacyjna. Twierdzi bowiem, że polsko-niemiecki spór o Erikę Steinbach „to dla Polski pierwsza i nieśmiała próba, by zgłosić Europie swoje mocarstwowe ambicje i by udowodnić, że jest czymś więcej niż średniej wielkości krajem na starym kontynencie.”

Pyta Jankowski dalej, dlaczego spór o Steinbach stał się dla Polski pretekstem, by manifestować swoją niezależność na „scenie mocarstw“.  

- Bo Polska i Niemcy nie mają żadnych wspólnych celów politycznych. Niemcy próbują prowadzić politykę niezależną od Waszyngtonu, przez co wykluczają  się z wpływu na przebieg zdarzeń na świecie – odpowiada naczelny „Faktu”.

Dalej w jego wywodzie pojawiają się tarcza antyrakietowa, gazociąg północny, drażniąco przyjazne stosunki Berlina i Moskwy oraz złowrogi duet francusko-niemiecki, który próbuje rządzić UE. Polska ma wobec tego krytyczny stosunek. Manifestuje to zacieśniając stosunki wojskowo-polityczne z USA i – tu plus dla Jankowskiego za niespodziewane odkrycie - zwalczając Steinbach.  

Publicysta „Gazety” czy „Rzepy” pisząc o Steinbach pisałby głównie o tragicznej polsko-niemieckiej historii i ryzyku jej fałszowania przez wypędzonych. Tej narracji trzyma się także Jankowski, choć dozuje ją czytelnikom w bardziej strawialnej dawce.  Wyciągając wnioski znowu jednak wprowadza dyskusję w nowy tor.

- Jakież mamy rozwiązanie? [Sporu o Steinbach – przypisek B.W.] Jedyne rozsądne to włączenie Polski do osi Berlin-Paryż. Tylko silne polskie zaangażowanie w sprawy Europy, może europejski sojusz uczynić silnym. Uznanie Polski, jako równowartościowy kraj obok Włoch czy Francji spowoduje, że europejska solidarność stanie się faktem, a nie tylko pustym politycznym sloganem. Politycy w Berlinie i Paryżu muszą to szybko uznać – pisze.

Dodajmy, że w takim właśnie duchu europejskiej solidarności i wspólnoty interesów należy zwalczać Erikę Steinbach

20:42, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 maja 2009

Twarz Eriki Steinbach tylko mignęła w najnowszym spocie PiS. O jej szkodliwej działalności padło tylko jedno zdanie wepchnięte między krytykę UE, która zamyka polskie stocznie i gromy na butnego Putina, który bagatelizuje mord na polskich oficerach w Katyniu.

Ale mimo to spindoktorom Jarosława Kaczyńskiego i tak udało się zafundować widzom podwójną manipulację.

Po pierwsze lektor czyta: Steinbach buduje centrum przeciw wypędzeniom”. To oczywiście nieprawda, bo placówka upamiętniająca wypędzenia, która ma powstać w Berlinie  nazywa się Widoczny Znak, a nie Centrum (tu wyjaśniałem już różnicę, bynajmniej nie semantyczną). Nie buduje jej też Steinbach, bo do udziału w tej instytucji pod naciskiem Polski nie dopuściła jej kanclerz Merkel.

A żeby było mało PiS pokazuje Polakom uśmiechniętego premiera siedzącego z uśmiechniętą Steinbach przy jednym stole.

Zdjęcie jest jednak sprytnie dobrane i wykadrowane. Niebieski wzorek u góry to kawałek napisu ”Rzeczpospolita”. To w redakcji tej gazety we wrześniu 2003 r. dzisiejszy premier i Steinbach brali udział w debacie o wypędzeniach. Oprócz nich w dyskusji uczestniczył również m.in. Paweł Lisicki, obecny naczelny gazety (na poniższym zdjęciu po prawej).

 

                                                                                                                 fot Sławomir Kamiński / AG

Czy siedzenie za jednym stołem ze Steinbach i uzmysławianie jej, że błądzi jest czymś nagannym? Ja uważam, że absolutnie nie, ale w PiS myślą zupełnie inaczej.   

Pewnie dlatego spindoktorzy umiejętnie dobrali i obrobili zdjęcia. W przeciwnym wypadku w niezręcznej sytuacji postawiliby przyjazną im redakcję i jej naczelnego. A tak zarzut konspirowania ze Steinbach stawiają jedynie Tuskowi.   

To oczywiście absurd, bo to właśnie jego rząd rozwiązał problem upamiętnienia wypędzeń. Wcześniej rząd PiS w tej sprawie zachowywał zaś się tak, jakby mu zależało, by Steinbach rosła w siłę i by było czym Polaków straszyć.

22:06, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
wyborcza.pl
Bartosz Wielinski

w "Gazecie" pisze o Niemczech i Austrii, w latach 2005 - 2009 korespondent GW w Berlinie, wcześniej, w oddziale GW w Katowicach, pisał o Polakach i Niemcach na Górnym Śląsku.

top | Agora SA | design by kate_mac | zmiany: autor