Tytuł blogu jest trochę nieadekwatny, bo jego autor aktualnie próbuje przeżyć w Warszawie. Do Berlina stara się regularnie zaglądać
środa, 29 kwietnia 2009
- Kryzys spadł Niemcom z nieba. Bo gdyby nie on, to nie wiem co, by wymyślili, by rynku pracy dla nas nie otwierać - tak złośliwie komentował ostatnią decyzję Berlina jeden z polskich dyplomatów. Niemcy motywowali ją kryzysem i rosnącym bezrobociem. Wiadomo jednak, że nawet gdyby niemiecka gospodarka przeżywał cud gospodarczy, to rynek pracy pozostałby zamknięty. A to dlatego, że w głowach niemieckich związkowców ciągle żyje koszmarna wizja zalewu polskimi robotnikami. We wrześniu wybory, więc niemiecki rząd we własnym interesie, tych niedorzeczności słucha.
wtorek, 28 kwietnia 2009

Geert Mackenroth, minister sprawiedliwości w Saksonii procesuje się w sprawie sedesu. Jest akt oskarżenia, policyjna rewizja i znajomy polski zapaszek.

 

Minister i jego rzecznik prasowy zapewniają niezbicie, że chodzi tylko o sprawiedliwość i o żadnej prywacie nie ma mowy. Dziennikarze Süddeustche Zeintung” tezy o prywacie wprost nie stawiają (ciekaw jestem dlaczego? przecież nie strachu ?), ale z ich tekstu wynika to niezbicie. Mackenroth nasyłał prokuraturę i policję na małżeństwo z Itzenhohe w północnych Niemczech, które niegdyś wynajmowało od niego dom.

 

W lokalnym sądzie jest już nawet 5 stronnicowy prywatny akt oskarżenia przeciwko nim. Złożyła go wprawdzie żona ministra, ale ten go konsultował.

 

Małżeństwu pan minister zarzuca, że przywłaszczyli sobie jego sprzęty. Chodzi o zagarnięcie klapy sedesowej w kolorze srebrnym-metalic oraz zasłon w różnych wzorach i kolorach. Policja szukała ich u oskarżonych, ale nie znalazła.

Minister tłumaczy się na łamach Süddeutsche”, że nie nasyłał policji na swoich przeciwników procesowych, a rewizja była własną inicjatywą stróżów prawa w Itzenhohe. Gazeta przypomina jednak, że minister był niegdyś prezesem sądu w tym mieście i z szefem policji, sędziami i prokuratorami był w dobrej komitywie. Nic dziwnego, że klapy z toalety pana ministra szukają tak, jakby nie była srebrna tylko  złota. 

 

Jednym słowem wanny Wassermanna montuje się wszędzie, choć czasem w zminiaturyzowanej formie toalety.

17:38, bartek.wielinski , Niemcy - obyczaje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
 

Trochę się u mnie pozmieniało. Pod koniec marca moja misja korespondenta GW w Berlinie dobiegał końca. Zjechałem do Warszawy. Będę tu dalej robił to, co robiłem do tej pory, czyli pisał o Niemczech i Niemcach. Na moje miejsce nie wysłano następcy. Po latach redakcja „Gazety” postanowiła zamknąć swoją placówkę w Niemczech.  

Na razie aklimatyzujemy się z Agnieszką w Warszawie. Ponieważ jak każdy Ślązak jestem urodzonym optymistą, myślałem, że będzie źle. Jak na razie nowe miasto miło nas zaskakuje.

Codziennie poznajemy też nieznane oblicza kraju, w którym nie mieszkaliśmy przez ostatnie czterdzieści jeden miesięcy. Na przykład dziś okazało się, że są w Polsce tajne służby, o których istnieniu nie miałem do tej pory pojęcia.  Rano, gdy jeszcze byłem w piżamie do drzwi zadzwoniło dwóch smutnych panów. RWE – powiedział jeden. Nie wyciągnął przy tym legitymacji, ale miał te 3 literki na kurtce, więc uwierzyłem mu od razu. Potem oświadczył, że odłącza mi prąd, bo nie zapłaciłem rachunków z ostatnich 3 miesięcy. Powiedziałem, że to niemożliwe, bo mieszkam tu od dwóch tygodni i nie dostałem jeszcze żadnego rachunku. – Nie pan jeden w takiej sytuacji – odparł kpiąco agent. Gdy spytałem jak wyjść z impasu poprosił o 700 zł gotówką. Tyle akurat przy sobie nie miałem, ale zaproponowałem, że założę spodnie i pobiegnę do bankomatu, który znajdował się na rogu. – Nie mam tyle czasu – odparł agent, a jego pomocnik coś przekręcił w skrzynce z prądem i w moim mieszkanku zgasł telewizor, a lodówka przestała chłodzić. Chwyciłem za telefon, by zadzwonić do kolegów po pomoc, niestety był rozładowany. W odruchu rozpaczy sięgnąłem do portfela, by wyciągnąć legitymację i postraszyć agenta RWE, ale jego już nie było. Została po nim tylko kartka-protokół z nieczytelnym podpisem.

Sprawę udało się na szczęcie wyjaśnić. Kilka godzin później agenci RWE podłączyli nas z powrotem do sieci. Od razu chciałbym podkreślić, że gdyby w Niemczech komuś odłączyli prąd, to na podłączenie musiałby czekać chyba z tydzień.

A poza tym jakoś sobie radzimy.  

23:15, bartek.wielinski
Link Komentarze (9) »
niedziela, 08 marca 2009

Erikę Steinbach można zwalczać, można ją nawet uznawać za zło wcielone. Ważne jednak, by trzymać się przy tym faktów i ortografii. Z tym u nas co raz gorzej.

Redaktorowi z serwisu internetowemu TVN 24 radziłbym spojrzeć do słownika. W języku niemieckim nie ma słowa „Stainbach”, jest „Steinbach”.  Jedna literka robi tu sporą różnicę. Zdradza bowiem, to czy autor wie o czym pisze.

Tomaszowi Lisowi, autorowi felietonu o  Erice Steinbach w „Polsce The Times” radziłbym zaś zajrzeć do archiwum.  Lis pisze bowiem, że: Żeby trochę zgasić naszych dyżurnych patriotów, informuję, że fanem pani Steinbach nie jestem. W dyby zakułbym ją już za samo gadanie o "polskich obozach śmierci".

Informuje więc Pana, że fanem Steinbach nie jestem, ale dam sobie uciąć obydwie ręce, że NIGDY nie wypowiedziała ona tezy o „polskich obozach” i nigdy  nie kwestionowała tego, że obozy koncentracyjne zakładali jej rodacy. Miejmy nadzieję, że Steinbach Lisowi odpuści i nie pozwie go do sądu (niemieckiego lub polskiego). Jeśli tak się jednak stanie, Tomasz Lis będzie musiał prosić o wsparcie pewną senator PiS, która ma już w sądzeniu się z wypędzonymi pewne doświadczenie.  

W Polsce niestety każdy publicysta jest  z urzędu ekspertem od spraw niemieckich. Tak właśnie jest w przypadku Pawła Lisickiego, naczelnego „Rzeczpospolitej”.  Ubolewa on w swoim felietonie o Steinbach, że Polacy nie są w stanie przebić się tak, jak Niemcy ze swoją wizją historii.

Warto raczej zapytać, co sami zrobiliśmy, żeby przypomnieć, jak naprawdę wyglądała historia? Ile powstało polskich filmów pokazujących nieporównywalną niemal z niczym skalę niemieckich wojennych zbrodni na Polakach, które pod względem atrakcyjności mogłyby konkurować z takimi produkcjami jak “Drezno”, “Ucieczka” i “Gustloff”?

Od razu widać, że Lisicki zna tylko tytuły, ale samych wychwalanych produkcji nigdy nie oglądał. Wszystkie trzy pozycje to po prostu gnioty, prymitywne „love stories”, osadzone w historycznym tle. Gdyby nie nachalna reklama i doskonała pora emisji wątpię by zdobyły jakąkolwiek popularność. O tym, że lud za Odrą nie garnie sie do oglądania, świadcza półki sklepowe uginające się pod przecenionymi "Dreznami" i "Gustloffami". Te filmy są tak słabe i płytkie, że o propagowaniu jakiejkolwiek wizji historii nie ma po prostu mowy.  Lisicki mógłby najpierw spytać  o zdanie korespondenta „Rzepy” w Berlinie, a potem pisać. Ale po co. Sam wie lepiej.   

00:42, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 marca 2009

Erika Steinbach przegrała. Na całym froncie.  Angela Merkel nie dość, że zabrała jej prawo do tworzenia muzeum wypędzeń ( nie będzie lansowanego przez Steinbach Centrum Przeciw Wypędzonych, tylko rządowy Widoczny Znak), to jeszcze wykluczyła ją z rady zarządzającej tym projektem. Steinbach rozmawiając z niemieckimi dziennikarzami robi dobrą minę do złej gry, ale wiadomo, że to dla niej potworna klęska. Nawet jeśli po wyborach zostanie sekretarzem stanu w MSW, a prezydent Köhler odznaczy ją federalnym krzyżem zasługi, to gorycz porażki pozostanie.

To oczywiście nie nasz problem. Dla Polski liczy się tylko tyle, że udało się skłonić Niemców (ku mniejszej lub większej irytacji  niektórych tamtejszych polityków), by Steinbach trzymać z dala od Widocznego Znaku. To zwycięstwo prof. Władysława Bartoszewskiego i wspierających go polskich dyplomatów, którzy przez rok urabiali Angelę Merkel.  Pani kanclerz swoją ostatnią decyzją dowiodła, że ważniejsze dla niej są stosunki z Polską, a nie ze Związkiem Wypędzonych.

Tym bardziej źle brzmią słowa prof. Bartoszewskiego o pokonanej.  Profesor w „Faktach po Faktach” znowu powtórzył, że „Steinbach tak się nadaje do pertraktacji z Polską jak zdecydowany antysemita do pertraktacji z Jerozolimą”. Ta teza pada z ust profesora po raz drugi. Steinbach oczywiście nie jest osobą, która budzi w Polsce zaufanie. Ale Niemcy odebrali te słowa, jak oskarżenie Steinbach o antysemityzm.Tego akurat Steinbach zarzucić nie sposób.  Awantura, która wybuchła, gdy profesor po raz pierwszy sięgnął po te słowa, przysporzyła Steinbach i jej sprawie sporo sojuszników. Ucierpiał za to wielki autorytet, jakim profesor cieszy się za Odrą.

 Prof. Bartoszewski ma prawo czuć do Steinbach i jej podobnych odrazę. Ma prawo ją zwalczać i przekonywać Niemców, że szefowa Związaku Wypędzonych nie jest człowiekiem polsko-niemieckiego pojednania. W sytuacji jednak, gdy z tak poważnego starcia wychodzi zwycięsko, oczekiwałbym od Profesora umiarkowania. Steinbach przegrała wszytsko. Leżących się nie kopie.  

23:46, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (7) »
wtorek, 17 lutego 2009

W „Rzepie” znalazłem intrygujący komentarz prof. Zdzisława Krasnodębskiego do ostatnich przygód Jana Marii Rokity na pokładzie samolotu Lufthansy.

 W tekście na szczególną uwagę zasługują dwa wątki. Pierwszy, krótszy, to uzasadniona teza, że obecność Nelly Rokity w polskiej polityce jest dowodem na wyższość Sejmu nad Bundestagiem. Polacy mają w końcu niemiecką poseł Nelly, Niemcy natomiast nie mają jej polskiego odpowiednika. Nigdy go mieć nie będą, bo jak konkluduje profesor, to rzecz przekraczająca granice ich wyobraźni.

Drugi wątek, to analiza kondycji moralnej narodu niemieckiego, przeprowadzona na bazie rzeczonego incydentu. Krasnodębski pisze bowiem:

Nie można wykluczyć, że Jan Rokita mógł się wydać stewardesie, a potem także niemieckim policjantom, bezczelny, antypatyczny i arogancki. I na tym polega problem. Nasi niemieccy sąsiedzi gotowi są poprawnie traktować grzecznych, znających swoje miejsce Polaków. Tych, którzy wydają im się antypatyczni i niegrzeczni, rzucają o podłogę, dosłownie i w przenośni, przy śmiechu i oklaskach sporej części naszych rodaków, którym poniewieranie Polakami ciągle wydaje się czymś należącym do naturalnego porządku rzeczy.

W kabinie samolotu Lufthansy profesora Krasnodębskiego wprawdzie nie było, więc nie może wiedzieć, co Rokita uczynił stewardesie i vice versa.

Rozumiem więc, że profesor, długoletni wykładowca niemieckiego uniwersytetu w Bremie powyższe wnioski wysnuł z własnego doświadczenia. Nie chcę nawet myśleć ileż to razy, w Niemczech, w przenośni rzucano go na podłogę, zanim dosłownie poznał tam swoje miejsce.

20:45, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 16 lutego 2009

Tym razem w moją skromną osobę. Jędrzej Bielecki wypomina mi nierzetelność i to, że jestem sfrustrowany. Na ten drugi zarzut odpowiem od razu. To przez brak piwa tyskiego. Tak dawno nie byłem w domu…

Co do zarzutu pierwszego, Bielecki oburza się, że humorystycznie odniosłem się do jego wczorajszych rewelacji, że prof. Bartoszewski poda się do dymisji, jeśli Niemcy nie ustąpią w sprawie Eriki Steinbach. Pozwoliłem sobie na to, bo nic nie wskazywało na to, by rozmowy Bartoszewskiego w Berlinie miały przyjąć tak dramatyczny charakter, jak chciałby publicysta „Dziennika”. Choć trzeba przyznać, że wizja Bartoszewskiego, który przed niemiecką kanclerz idzie w ślady Rejtana, chwyta za serce. Nie dziwie się, że Bielecki dał się jej ponieść.

Niestety Merkel nie będzie umierać za Steinbach – to bynajmniej nie jest dzisiejszy ani wczorajszy news. Zajrzałem do archiwum GW. Tekst o tym, że Steinbach na pewno nie wejdzie do rady widocznego znaku napisałem jako pierwszy 30 października 2007 r. To była nawet druga czołówka. Potem kilka razy to powtarzałem. Choć jestem zdemaskowanym frustratem to nie mam pretensji do Bieleckiego, że nigdy nie powołał się na ten tekst. Od jego publikacji minęło już przecież półtora roku.

Bielecki ma za to pretensje do mnie, że nie powołałem się przedwczoraj na niego. Cóż, na szczęście Dziennik i jego portal internetowy nie jest jedynym źródłem informacji o stosunkach polsko-niemieckich. Gdyby tak było, musielibyśmy na poważnie wziąć rewelacje o tym, że kiedyś Niemcy chciały przehandlować zgodę na tarczę antyrakietową za polskie poparcie dla eurokonstytucji, czy to, że Donald Tusk podczas pierwszej wizyty w Berlinie usłyszał od Merkel „trzy razy nie”.

21:41, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lutego 2009

„Dziennik” dziś pozwolił sobie na mocne uderzenie. Zapowiedział wizytę prof. Bartoszewskiego u Angeli Merkel, a przy okazji przestrzegł, że jeśli Profesor nie dostanie od Niemców tego, co będzie chciał, to poda się do dymisji. W tym kontekście pada nazwisko Eriki Steinbach, która ostrzy sobie zęby na fotel w radzie budowanego przez niemiecki rząd muzeum wypędzonych. Placówka ta nosi przedziwną nazwę „Widoczny Znak”. Polska zachowuje wobec niego „życzliwą neutralność”.

Profesor rewelacje „Dziennika” o swojej dymisji szybko zdementował, przez co mocne uderzenie poszło w próżnię.  W sprawie przyszłości pani Steinbach też nie dzieje się nic wartego uwagi. W Niemczech to polityk drugiej ligi, rzadko zabierający głos w publicznych debatach i praktycznie nieobecny w tutejszych mediach.

Przez polskie media za to Steinbach regularnie się przewija, wykreowana na kolosalne zagrożenie dla polskich interesów. Zawdzięcza po części samej sobie.  Wystarczy przypomnieć, że na poczatku lat 90. Steinbach głosowała przeciwko ratyfikacji polsko-niemieckich traktatów. oza tym uważa się za najprawdziwszą wypędzoną, choć urodziła się podczas wojny w okupowanej polskiej Rumi.

Przypuszczam, że są w Polsce rodziny, w których straszy się nią dzieci. Aż nie chce myśleć, co by się stało, gdyby Steinbach nagle pojawiła się na Dworcu Centralnym...

Aktualnie w sporze chodzi o to, czy niemiecki rząd przyjmie ją do rady Widocznego Znaku czy nie. Sprawa ma czysto symboliczne znaczenie. Niemcy trzymając ją z dala od muzeów mają szansę dowieść, że nie zamierzają fałszować historii i liczą się ze zdaniem polskich partnerów.  Steinbach na funkcji zależy, bo to byłoby ukoronowaniem jej 10 letniej pracy na rzecz upamiętnienia wypędzeń.

Kilku publicystów odtrąbiło już klęskę polskiej dyplomacji, tak jakby nominację Steinbach miała w kieszeni. Moim zdaniem przedwcześnie. O to kilka powodów, dla których Steinbach do Znaku nie wejdzie i tym samym przestanie być polsko-niemieckim problemem:

1)      O przyszłości Steinbach w Znaku decyduje niemiecki rząd. Kanclerz Angela Merkel nie zaryzykuje otwartego konfliktu z Donaldem Tuskiem. I to bynajmniej nie dlatego, że się przyjaźnią. Stawiając na Steinbach Merkel wiąże Tuskowi ręce. Oburzenie w Polsce byłoby tak potworne, że polski premier nie mógłby stanąć po stronie Merkel w żadnej sprawie. Anie w sprawie walki EU z kryzysem ani stosunków z Rosją czy polityki energetycznej. Polska jest za dużym krajem, by ignorować jej głos, a tym bardziej by mieć ją przeciwko sobie. Inna sprawa, że na poparciu Steinbach punkty zyskałby PiS. Z nimi Merkel już zdążyła się poznać.

2)      Trzeba pamiętać o pochodzeniu Merkel. W NRD w przeciwieństwie do RFN nie istniał etos wypędzonych, to był temat tabu. Dlatego pani kanclerz go zupełnie nie czuje, a Steinbach (wbrew temu, co pisze się w polskiej prasie) osobiście nie znosi.

3)      Wypędzeni to spory elektorat, z którego Merkel przed wyborami nie zrezygnuje. Owszem, ale wypędzeni dostaną przecież to, co chcieli – swoje muzeum tyle, że bez Steinbachowej. Nikt nie będzie mógł zarzucić Merkel, że nic dla nich nie zrobiła. Wypędzeni mogą oczywiście bombardować chadeckich premierów landów takich jak Roland Koch, Horst Seehofer i Christian Wulff, ale wątpię czy ktoś ich wysłucha.  W dobie kryzysu dla polityków ważniejsza jest walka o miejsca pracy, a nie o jakąś tam Steinbach

4)      Steinbach w końcu zawsze zablokuje SPD, partia, której z wypędzonymi, nie licząc kilku wyjątków, delikatnie mówiąc nigdy nie było po drodze.

Najprawdopodobniej więc za kilka miesięcy okaże się, że Erika Steinbach zrezygnuje z muzealnego stołka, a w zamian jesienią po wyborach zostanie wiceministrem spraw wewnętrznych (odpowiedzialnym za uciekinierów i mniejszości etniczne). Dostanie też od prezydenta Niemiec Federalny Krzyż Zasługi. Na otarcie łez.

22:59, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (1) »
środa, 11 lutego 2009

Od rana cała Polska żyje dramatem Jana Marii Rokity, którego niemieccy policjanci wywlekli w kajdankach z maszyny niemieckich linii lotniczych Lufthansa, na terenie niemieckiego portu lotniczego w Monachium. - Padłem ofiarą niechęci do Polaków wśród niektórych funkcjonariuszy publicznych państwa niemieckiego. Traktowali mnie jak psa, z niemiecką nienawiścią do Polaka – tak opisuje zajście Rokita, były prominentny polityk PO i niedoszły premier RP.

O co poszło? Co innego mówią o sprawie Rokitowie, co innego niemiecka policja. Pasażerowie, którzy powiadomili media twierdzą, że chodziło o to czy płaszcz Nelly Rokity ma wisieć w klasie ekonomicznej czy klasie biznes.  W sumie szczegół, ale Rokita zaczął w tej sprawie ostro kłócić się ze stewardesą. Twierdzi, że ta była wyjątkowo bezczelna, rzucała m.in. kapeluszem jego żony, niemiecka policja podaje zaś, że Rokita stewardesę popchnął. Co jest prawdą nie wiadomo. Stewardesa poinformowała jednak o zajściu pilota. Ten kazał Rokicie się wynosić z maszyny. A skoro nie chciał po dobroci zawezwał policjantów.

 Nie widziałem płaszcza pani Nelly i nie wiem czy był wart takiej awantury. Ale jestem przekonany, że na każdym cywilizowanym lotnisku wobec awanturującego się pasażera postąpiono by tak samo. Pasażer ma obowiązek wykonywać polecenia kapitana i jego załogi.  Jeśli stewardesa każe schować płaszcz do luku bagażowego, to go się tam chowa. Jeśli każę zapiąć pasy, to się je zapina. To podstawowa zasada, która gwarantuje bezpieczeństwo innym. Ci, którzy tego nie akceptują, po prostu nie lecą, nawet, jeśli w ważnym kraju Unii Europejskiej mają status politycznej gwiazdy.

 Policja sponiewierała Rokitę, bo stawiał jej opór i trzeba było go obezwładnić. Tak postąpiono by również w każdym innym kraju. Z wyjątkiem może Polski, z wiadomych przyczyn. Choć niemiecki policjant powinien trzymać przy tym nerwy na wodzy. Jeśli nazwał Rokitę „arschlochem” i wyszydzał jego narodowość – powinien za to zostać ukarany.

Ale nie wierzę, że Jan Maria Rokita, człowiek światły, nie wiedział jak należy zachowywać się w samolocie i wobec policji. Teraz on i jego żona odgrywają rolę ofiary, bo przez cały incydent wyszła na jaw ich małostkowość. Wszczynanie międzynarodowej awantury o to gdzie będzie wisiał płaszcz (nawet nie wiem jakby był drogi) delikatnie mówiąc nie przystaje poważnemu politykowi. Dlatego w wywodzie pojawia się oklepany motyw: czyli źli Niemcy.  Słowo „Gestapo” wprawdzie nie padło, ale mamy w wywodzie Rokity jego substytuty. Jest Polak –pies i niemiecka nienawiść. W odruchu solidarności cały kraj z podobną nienawiścią powinien potępić teraz brutalność monachijskich żandarmów.

 W podobne tarapaty w zeszłym roku wpadł niejaki Steffen Reiche, niemiecki parlamentarzysta, były minister w rządzie Brandenburgii i szef landowego SPD. On też pokłócił się w samolocie ze stewardesą. Nie wpuściła go biznesklasy, nie podała niemieckiej gazety itd. Potem sytuacja wymknęła się spod kontroli i stewardesa oskarżyła w końcu Reichego, że jej złośliwie podstawił nogę. Poseł zarzekał się, że to nie prawda, ale stracił immunitet i dostał 3 tys. euro grzywny. Reiche walczy teraz o dobre imię przed sądem. Nie tłumaczy się jednak, że padł ofiarą niechęci do Ossie wśród niektórych funkcjonariuszy publicznych państwa niemieckiego.

23:48, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (6) »

 I wydaje płyty. Tyle, że pośmiertnie. 

Krążki z kilkunastoma karynckimi pieśniami ludowymi pt. „Pfiat Gott, liabe Alm” (Niech cię Bóg błogosławi, drogie pastwisko droga łąko) sprzedają się jak świeże bułeczki. Jorg Haider nagrał wprawdzie tylko 3 utwory, ale własnie dlatego ludzie z chęcią płacą za całość 45 euro.

Płytę nagrano  na krótko przed jego śmiercią. 11 października 2008 r. znany z rasistowskich wypowiedzi premier Karyntii i przywódca populistycznego Bloku dla Przyszłości Austrii zginał w wypadku samochodowym na przedmieściach Klagenfurtu. Opłakiwała go cała Austria, a jego pogrzeb zgromadził 25 tys. osób.

Na YouTube znalazłem nastrojowy teledysk, na którym Haider śpiewa, a członkowie Męskiego Chóru Karyntii robią podkład. Piosenka chwyta za serce, jest bardzo sentymentalna i ma się wrażenie, że Haider naprawdę żegna się ze swoim krajem.

Ci, którzy chcą więcej wzruszeń mogą zamówić sobie płytę. Wystarczy wejśc na www.haider-singt.at (Haider śpiewa). – To idealny prezent, który przypomina o tej wielkiej postaci – reklamuje producent. Nabywca w zestawie dostaje płytę CD i DVD, karyncki śpiewnik ze zdjęciami Haidera i okolicznych krajobrazów. 500 pierwszych zamawiających dostanie 3 plakaty z wizerunkiem Haidera w naturalnej wielkości.

Z każdego sprzedanego zestawu jeden euro zostanie przekazany fundacji Jörga Haidera, która będzie zajmować się działalnością charytatywną. Będzie, bo jak wyśledził „Der Standard” fundacja nie została jeszcze zarejestrowana, a prawa do nagrań z Haiderem przechodziły przez kilka firm. Teraz dysponuje nimi firma z Liechtensteinu zajmująca się telemarketingiem.

Płyta z pieśniami Haidera to kolejny przejaw kultu, jakim nieżyjący premier cieszy się w Karyntii. Haider ma mieć swoje muzeum i park w Klagenfurcie, a w miejscu jego śmierci ma stanąć kapliczka. Pod koniec stycznia jego imieniem ochrzczono most w Alpach. Jednak kilka dni później nieznani sprawcy ukradli tablice z nową nazwą.

11:01, bartek.wielinski , Austria
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
wyborcza.pl
Bartosz Wielinski

w "Gazecie" pisze o Niemczech i Austrii, w latach 2005 - 2009 korespondent GW w Berlinie, wcześniej, w oddziale GW w Katowicach, pisał o Polakach i Niemcach na Górnym Śląsku.

top | Agora SA | design by kate_mac | zmiany: autor