Tytuł blogu jest trochę nieadekwatny, bo jego autor aktualnie próbuje przeżyć w Warszawie. Do Berlina stara się regularnie zaglądać
piątek, 06 lutego 2009

 

Lalka Barbie obchodzi 50. urodziny. Z tej okazji producent – koncern Mattel pokazał na targach zabawek w Norymberdze jej najnowsze wcielenie, czyli Barbie-Kanclerz.  Podobieństwo do urzędującej pani kanclerz jest dyskusyjne, ale jest. Lalkę będzie można wkrótce kupić za 20 euro. Nie wiadomo jednak czy podbije serce Niemców czy zacznie im służyć jako laleczka voodoo. To drugie jest tym bardziej możliwe, że we wrześniu w Niemczech będą wybory do Bundestagu.

 

16:27, bartek.wielinski , Niemcy - obyczaje
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 stycznia 2009

Taka mapa wita klientów Media Marktu w Charlottenburgu.

Jak widać tutejszym kartografom trochę się ręką omsknęła przy wytyczaniu granic. Dobrze, że korespondent "Naszego Dziennika" mieszka w Hamburgu i mapy nie widział, bo by dopiero był dym. Jeszcze ten Danzig i Posen ! Wiadomo czemu to wszytsko ma służyć. W taki sposób Niemcy przygotowują swoich obywateli do kolejnej wojny.

Nowa Europa

11:13, bartek.wielinski , Berlin
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Donoszę z największym oburzeniem, że tutejszy proboszcz podczas mszy nosił dżinsy. Widziałem dokładnie, bo nogawki wystawały spod szat liturgicznych.

Zauważyłem to wówczas, gdy ksiądz przeszedł kilkanaście metrów w głąb kościoła, by dać komunię starszej pani, która poruszała się z trudem. Kościół był, w porównaniu z tym, co znamy z Polski, praktycznie pusty, naliczyłem ledwie 50 osób, ale dżinsy księdza widzieli chyba wszyscy. Proboszcz oczywiście jest Polakiem, więc tym bardziej dziwią mnie jego spodnie. Przecież w Polsce to byłoby nie do pomyślenia.

Potem widziałem księdza w parku. Uprawiał jogging (to jego sprawa), ale w dresie i bez koloratki.

W ogóle dziwne rzeczy dzieją się w tych berlińskich kościołach. Na przykład tutejsza parafia nie zatroszczyła się o nabór ministrantów. Do mszy w niedziele czasami musi służyć kościelny. Znaczy ksiądz nie prowadzi odpowiednich działań w szkołach i nie ma przełożenia na młodzież.

Kazania to zupełna profanacja. Tutejsi księża mówią w nich o kryzysie światowym, mundialu czy roli jaką coca-cola pełni w społeczeństwie. Na takich przyziemnych przykładach objaśniają Pismo Św. Co gorsza używa przy tym dość niewyszukanego języka. Jakby kazania należało mówić prostym zwykłym językiem.   Ostatnio jeden ubolewał, że ludzie w Niemczech nie dają ludziom drugiej szansy i odwracają się np. od zresocjalizowanych przestępców. Co to w ogóle za przykład? Jak o przestępcach mówić w kościele?   W ogóle milczy się natomiast o ochronie życia poczętego, tutejsi księżą też milczą w sprawach politycznych, choć z punktu widzenia kościoła sytuacja w Niemczech nie jest najlepsza.

Co gorsza w rocznicę nocy kryształowej podczas ofiarowania ksiądz modlił się za Żydów i prosił Boga o pojednanie między Niemcami i ich ofiarami. Przy innej okazji w kościele wystąpił chór prawosławnych mnichów i zbierał na odbudowę jakiejś cerkwi w Moskwie. Proboszcz powtarzam jest Polakiem. Czy w Polsce nie ma kościołów, które trzeba wybudować. Czy trzeba zbierać pieniądze na kościoły schizmatyków?

Kończąc chciałem zwrócić uwagę na kolejną rzecz. W parafii proboszcz tak angażuje się w spotkania,  wycieczki i inne imprezy, że nie ma czasu na poranną msze o 7. 30 w dni powszednie. W poniedziałki mszy nie ma w ogóle. Jak tak można?

23:17, bartek.wielinski , Niemcy - obyczaje
Link Komentarze (10) »
wtorek, 02 grudnia 2008
Koniec stycznia 1945. Miechowice, pod Bytomiem. Górny Śląsk jest praktycznie w rękach Armii Czerwonej. Rabunki, gwałty, podpalenia są na porządku dziennym. W Miechowicach Rosjanie zabijają prawie trzysta osób. Wyciagają ich z piwnic, nie oszczędzają nawet katolickiego księdza. Podobno to zemsta za to, że fanatyczny członek Hitler Jugend zastrzelił sowieckiego majora.

Piszę o tym, ponieważ to prawie identyczna historia, jak ta która dwa miesiące później rozegrała się w Treuenbrietzen, o czym pisałem w dzisiejszej GW. W tym miasteczku między Poczdamem a Wittenbergą od sowieckich kul w kwietniu 1945 r. zginęło tysiąc cywilów.

Niemcy z Treuenbrietzen założyli stowarzyszenie i starają się dojść do tego co faktycznie wydarzyło się w  1945 r. Ofiarom wystawili pomnik. Za czasów NRD nie wolno było mówić o masakrze prawdy. Cywile mieli zginąć podczas bombardowania. Według partyjnej propagandy Armia Czerwona nie zabijała przecież bezbronnych.

W Miechowicach w kościele wisi tablica przypominająca o tragedii. O wydarzeniach też w czasach PRL nie mówiono. Jeśli już, to z naciskiem, że zabijano Niemców. Tymczasem w Miechowicach ginęli Ślązacy, a nawet polscy robotnicy przymusowi.

Mieszkańcy Treuenbrietzen zawiadomili prokuraturę w Poczdamie o popełnieniu morderstwa. Ta wszczęła śledztwo w sprawie wielokrotnego mordu. Śladu winnych chce szukać w rosyjskich archiwaliach. Poprosiła nawet rosyjska prokuraturę generalną o pomoc prawna.  

Sprawę Miechowic bada od 2006 r. katowicki IPN, ale bez większych efektów. Na pomoc Rosjan Polacy mają o wiele mniejsze szanse niż Niemcy – wiadomo, na  badaniu historii odbija się też polityka.

O masakrze w Treuenbrietzen dzięki prasie robi się głośno nie tylko w Niemczech, ale i w Polsce. O Miechowicach przypomina się rzadko, skróowo, zwykle podczas kolejnych rocznic tzw. wyzwolenia Górnego Śląska - czyli pod koniec stycznia. A przecież podobne sceny rozgrywały się w wielu miejscowościach, po obydwu stronach przedwojennej granicy polsko-niemieckiej. Rzezi dokonano w  Przyszowicach  (przed wojną Polska) i Bojkowie (przed wojną Niemcy). Tysiące Górnoślązaków wywieziono potem do łagrów.

Gdy sprawa Treuenbriezten pojawiła się w polskiej prasie zaczęto od razu stawiać pytanie czy to aby nie precedens. Czy Niemcy nie próbują w ten sposób rozliczać się za wojenne krzywdy. Kto następny znajdzie się na celowniku prokuratury w Poczdamie: czy piloci bombowców bombardujący Drezno, czy może Polacy wypędzający Niemców z tzw. Ziem Odzyskanych po 1945 r. Dzięki temu mogliby obwieścić światu, że są ofiarami wojny, a nie jej sprawcami.

O tym, że Rosjanie robili to samo na Śląsku nikt nie jakoś wspomina. Ani o tym, że należałoby ich też za te zbrodnie rozliczyć i podobnie tak jak Niemcy przynajmniej spróbować dostać się do ich archiwów. Przy okazji należałoby obwieścić światu, że Sowieci mordowali i zsyłali nie tylko fanatycznych nazistów, ale i Ślązaków. W dużej mierze tych samych, którzy dwadzieścia lat wcześniej walczyli o polski Śląsk w powstaniach.

Ludzie maja prawo wiedzieć, co działo się w ich miejscowościach. Zarówno w Treuenbriezen jak i w Miechowicach.

PS. Opole i wschodnioniemiecki Rostok to jedyne miasta w Europie gdzie jest ulica Ilji Erenburga. Ten sowiecki pisarz wzywał w odezwach do mordowania niemieckich cywilów. W Rostoku skutków jego apeli być może nie odczuto. W Opolu i na Śląsku owszem. Erynburg twierdził też, że w Katyniu polskich oficerów rozstrzelali Niemcy. Dlatego tym bardziej nie rozumiem co jego nazwisko robi na mapie miasta.  

17:59, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (11) »
czwartek, 23 października 2008

Radca miejski Albert Gunzer, jeden z klagenfurtczyków, z którym rozmawiałem w zeszłym tygodniu, miał 100 proc. rację. Haider będzie nieśmiertelny tak jak Lady Diana.  O tej ostatniej prasa od lat pisze w kontekście tego, co robiła w ostatnich godzinach życia, m.in. o kolacji z Dodim al Fayedem. Nie minęły dwa tygodnie od śmierci Haidera i prasę pochłonęła jego orientacja seksualna.

Gdybym pytał w Klagenfurcie, o to, czy wielki ojciec Karyntii, był gejem czy może tylko biseksualistą, to pewnie by mnie zlinczowano. Raz podczas rozmowy pod siedzibą karynckiego rządu (nad morzem żałobnych świeczek) wymknęło mi się, że „Haiderem pogardzano w Europie”. Natychmiast obróciło się w moim kierunku kilka głów, a ludzie patrzyli na mnie wilkiem. W Klagenfurcie nikt nie chciał uwierzyć nawet w to, że Haider w chwili wypadku był pijany. Ludzie powoływali się nawet na świadków, którzy widzieli i czuli, że wsiadał do auta trzeźwiuteńki. Pewno znaleźliby się też i świadkowie, którzy potwierdziliby jego czystą heteroseksualność.

Plotki o tym, że Haidera ciągnęło do facetów mają dobre 10 lat. O dziwo pojawiły się wtedy, gdy Haider święcił na austriackiej scenie politycznej największe triumfy. Do końca nie rozwiązano zagadki czy główny populista Europy był gejem czy bi. Ale są nawet zdjęcia landeshauptmanna w towarzystwie młodych panów. Po austriackich miastach krążyły legendy o takich, których bracia, kuzyni, synowie, sąsiedzi, mieli z Haiderem romansik.  Nawet austriacka noblistka Elfriede Jelinek pisała, że Haider wprawdzie nie przyznaje się do bycia gejem, ale jego zachowanie i styl uprawiania polityki jest gejowski, tak jak zresztą było to w przypadku Adolfa Hitlera.

Plotki krążyły dalej. Podsycał je sam Haider, bo fotografował się z każdym i w ogóle nie trzymał dystansu do bliźniego, co w pruderyjnej Austrii budzi zastrzeżenia. Podsycali je też wrogowie Haidera, bo przecież neonazistę najłatwiej zabić przylepiając mu się gejowską łatkę. Austria to nie Niemcy, tu homoseksualizm jest tabu, szczególnie wśród polityków. Najgorzej wyszli na tym sami austriaccy geje, bo w ich szeregach zaczęto szukać sympatyków skrajnej prawicy.   

 Nic dziwnego, że gdy Haider zginął, bańka pękła. Mówi się nawet, a austriacka prasa ośmiela się to publikować, że Haider ostatnie godziny życia spędził w gejowskim klubie. Do romansu z Haiderem ostatnio przyznał się jego wierny uczeń i następca - Stefan Petzner. Świat się kończy! 

Prawda? Nieprawda? To dziś nie ma żadnego znaczenia. Faktem jest to, że Haider budował swoją polityczną karierę na prowokacji. Austriacka prasa w sumie go uwielbiała, bo o Haiderze zawsze można było coś krwistego napisać. Dzieje się tak nawet po jego śmierci.
12:48, bartek.wielinski , Austria
Link Komentarze (10) »
niedziela, 12 października 2008
Jörg Haider w 48 godzin po śmierci osiągnął to, czego nie udało mu się osiągnąć za życia. Austria płacze po nim tak, jakby odszedł ojciec narodu. Według wiedeńskich bulwarówek osiągnął nieśmiertelność, dołączył do Jamesa Deana i Lady Diany, którym tak jak on życie przerwał tragiczny wypadek samochodowy. Okrzyknięto go też największym Karyntczykiem w historii.

A przecież jeszcze kilka dni temu dla wielu Austriaków Jörg Haider był nazistowskim demonem, bazującym na najniższych instynktach populistą, zagrożeniem dla europejskiej demokracji. Teraz okazuje się, że był wielkodusznym człowiekiem, który politykę traktował jak misję i nigdy nie odmówił ludziom w potrzebie.

Absolutnie nie sądzę, że Jörg Haider wybrał sobie sposób, w jaki odjedzie z tego świata – chociaż gdy ktoś pędzi autem dwa razy szybciej niż pozwalają na to znaki, to niejako o śmierć się prosi.

Jednak gdy rok temu odszedł inny superkontrowersyjny austriacki polityk -  89 letni Kurt Waldheim, (były prezydent, który podczas wojny maczał palce w zagładzie Żydów), kraj żegnał go chłodno, a prasa pisała o nim raczej oszczędnie.

Gdyby Haider za kilkadziesiąt lat umierał jako starzec i polityczny bankrut (co byłoby zupełnie prawdopodobne, bo tak, mimo chwilowych sukcesów, kończą populiści) byłoby równie cicho. Spektakularnie rozbijając swojego volkswagena pahetona na klagenfurckiej autostradzie Haider tak potrząsnął Austriakami, że ci będą go pamiętać lepiej niż na to zasługiwał.

22:41, bartek.wielinski , Austria
Link Komentarze (4) »
piątek, 03 października 2008

korespondenta zagranicznego w kraju niemieckojęzycznym:

w wyszukiwarce iTunes zamiast "Kilar" napisać "Haider". 

Przydarzyło mi się to właśnie poraz trzeci. 

14:31, bartek.wielinski , Berlin
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 września 2008

Niemcy zadrżały w posadach. W piątek i sobotę na ulicach Kolonii miała odbyć się wielka manifestacja brunatnych z całej Europy.  Setki uczestników miały protestować przeciwko meczetowi, który ma powstać na skraju miasta i przeciwko islamizacji kontynentu. Jednocześnie neonaziści przyjechali pokazać jak bardzo są silni i zwarci. Chcieli Niemcy i Europę postraszyć.

Niemcy dali im jednak odpór. Taksówkarze odmawiali wożenia łysych, właściciele hoteli zamykali im drzwi przed nosem, w knajpach ignorowali kelnerzy. W końcu, gdy demonstracja miała ruszać zainterweniowała policja i kazała neonazistom się wynosić. Proporcje między brunatnymi, a ich przeciwnikami stały się tak niekorzystne dla tych pierwszych, że policja nie była w stanie zagwarantować im bezpieczeństwa. Jednym słowem panowie spod znaku hackenkreuza ponieśli kompromitującą porażkę. To wielki sukces mieszkańców Kolonii.

 Sprawa powinna dać dużo do myślenia tym znawcom Niemiec (pozdrowienia dla red. S), którzy ciągle przestrzegają przed odradzającym się za Odrą nazizmem. Gdyby tak faktycznie było, w Kolonii w sobotę doszłoby do palenia tureckich sklepów.

Ale jest druga strona medalu. W mieście mimo wszystko doszło do bijatyki. Szlachetni lewicowcy, którzy przybyli na odsiecz miastu, wściekli się, że policja nie pozwala im wziąć na brunatnych odwetu. No i zaczęła się rozróba. Efekt 5 rannych policjantów, 15 zatrzymanych zadymiarzy.

Sprawa ma jeszcze jedno dno. Niemcy, potępiający neonazistów w czambuł, jakoś są dla równie niebezpiecznych lewicowców bardzo pobłażliwi.  Prasa bardzo zdawkowo pisze o tym, że skrajna lewica zdyskredytowała swoimi ekscesami pokojowy protest setek lolończyków. Wątpię, czy lewicowym zadymiarzom również odmawiano podania w knajpie Kölscha, czy wypraszano z autobusów.  Mam nawet wrażenie, że Niemcy mają wręcz pretensje do policjantów, którzy sięgnęli po pałki by przywrócić spokój.

Podobnie było, gdy panowie z pod spod znaku sierpa i młota demolowali rok temu Rostock. Neonaziści w Niemczech są be, lewica, nawet najbardziej ekstremalna jest ok, bo walczy o sprawiedliwość społeczną.  Taki kraj…

13:09, bartek.wielinski , Niemcy - obyczaje
Link Komentarze (18) »
piątek, 19 września 2008

Redaktorzy „Rzeczpospolitej” słyną z tego, że zajrzą wszędzie, by wytropić niemieckich rewizjonistów. Dziś dobrali się do niemieckich atlasów szkolnych. Oniemieli. Na mapie Europy widniał Stettin, a nie Szczecin.

Nazwy geograficzne widnieją tam w języku niemieckim, a nazwy narodowe są podawane w nawiasach. Tłustym drukiem widnieje Stettin czy Allenstein. Trzeba się dobrze przyjrzeć, by odczytać mniejszy napis: Szczecin i Olsztyn – pisze oburzona Rzepa o atlasie wydawnictwa Diercke. A poproszony o komentarz niemiecki historyk, prof. Wippermann stwierdza: - Nierzadko jest to przejaw rewizjonizmu i z tym trzeba walczyć – . Takie słowa to miód na serce redaktorów z „Rzepy”.

Tekst jednak jest dowodem na to, że redakcję toczy schizofrenia – przynajmniej, jeśli chodzi o Niemcy. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca w Rzepie można było poczytać o wrogiej Polsce Erice Steinbach, na którą nie ma mocnych i o mniejszości niemieckiej w Polsce, która chce zakłócić spokój na Śląsku. Teraz okazuje się, że niemieccy rewizjoniści manipulują szkolnymi atlasami.  „Rzepa” chce koniecznie udowodnić, że Niemcy to wróg i zagrożenie. Zawsze coś na poparcie tej tezy wyszuka. Co najgorsze, jestem przekonany, że redaktorzy całkowicie wierzą w brednie, jakie wypisują.

A propos nazw miejscowości. Ze szkoły pamiętam, że polskich atlasach nie pisało Lviv tylko Lwów, nie Vilnus tylko Wilno, nie Praha, a Praga, nie Dresden tylko Drezno, Poczdam, Moguncja, Fryburg i Kolonia. Na mapach do dziś widnieją setki spolszczonych nazw miejscowości. Czy to, aby nie rodzimy rewanżyzm? 

Biednym redaktorom w „Rzepie” po prostu nie mieści się w głowach, że są miasta, która mają przywilej posiadania kilku nazw w różnych językach, nie tylko w języku niemieckim. Szczerze im współczuje.

Tak na koniec: na berlińskim Dworcu Zoo kupowałem dziś bilety do Wrocławia. Pomny tekstu w Rzepie prosiłem, jak porządny niemiecki rewanżysta, o „Fahrkarten nach Breslau”. Kasjerka chyba mnie przejrzała, bo co chwila mnie poprawiała „nach Wroclaw”. 

18:14, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (10) »
czwartek, 11 września 2008
Właśnie wróciłem z pogranicza. Najpierw miałem kilka spotkań po niemieckiej stronie w Görlitz. W centrum ślicznie, odnowione kamieniczki, błyszczące wieżyczki, deptaki, knajpki.  Kilka przecznic dalej było jednak widać rudery – może rzucały się tak bardzo w oczy, że sąsiadowały z odnowionymi kamienicami. Potem pojechałem do Zgorzelca i poczułem się strasznie. Zgorzelec jest po prostu przaśny, nieciekawy, szaro-bury.  Po kwadransie chciałem już uciekaćNie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć (może jakiś mieszkaniec będzie w stanie). W końcu, drogi w Görlitz i w Zgorzelcu są równe i bez dziur, chodniki wyłożono identyczną kostką brukową, a kamienice tu i tam wyremontowano.  Ale Zgorzelec jakoś dalej odpycha. Brakuje w nim czegoś. Nie wiem jak to określić: błysku, sznytu, porządku, zadbania?  
22:08, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (3) »
wyborcza.pl
Bartosz Wielinski

w "Gazecie" pisze o Niemczech i Austrii, w latach 2005 - 2009 korespondent GW w Berlinie, wcześniej, w oddziale GW w Katowicach, pisał o Polakach i Niemcach na Górnym Śląsku.

top | Agora SA | design by kate_mac | zmiany: autor