Tytuł blogu jest trochę nieadekwatny, bo jego autor aktualnie próbuje przeżyć w Warszawie. Do Berlina stara się regularnie zaglądać

Niemcy - Historia

wtorek, 19 maja 2009

Tak zrobiła Angela Merkel. Pod koniec lat 70., jako świeżo upieczona magister fizyki starała się  o posadę asystenta na uniwersytecie w Ilmenau. Przyjechała na rozmowę wstępną, a ta przebiegła całkiem dobrze. Po rozmowie Merkel zaprowadzono do innego pokoju, gdzie miała rozliczyć bilety za przejazd.  W pokoju czekał zaś smutny pan, który przedstawił się jako pracownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (czyli Stasi) i zaczął nagabywać Merkel do współpracy.

To wydarzenie stało się dziś newsem dnia, bo Merkel opowiedziała o tym w wieczornym talk-show „Menschen bei Maischberger“. Program nagrywano wcześniej i opowieść pani kanclerz zaczęła krążyć po portalach informacyjnych już wczesnym popołudniem.

O rozmowie Merkel pisała już cztery lata temu w jej biografii „Mein Weg”. Pisała wówczas, że bezpieczniak dziwił się jej oporom, mówiąc, że wszyscy na uniwersytecie donoszą. W telewizji ujawniła jak go zbyła. Po prostu powiedziała mu, że nie nadaje się na agentkę, bo za dużo gada.

Czy ze współpracy ze Stasi faktycznie tak łatwo można było się wymigać? Pytałem o to kiedyś pastora  Joachima Gaucka, pierwszego szefa instytutu ds. akt Stasi. – Właśnie taką linię proponowałem młodym ludziom, którzy radzili się u mnie jak się wymigać od donoszenia– odpowiedział. Stasi przecież od swoich tajnych współpracowników, wymagała, by absolutnie trzymali gębę na kłódkę. Z donosicieli, o których wszyscy wiedzieliby, że donoszą, nie byłoby żadnego pożytku.  Nawet spotkania z oficerami prowadzącymi odbywały się w ścisłej konspiracji. Agent dostawał telegram, że przesunięto mu np. próbę w amatorskim teatrze, w którym się udzielał o godzinę. To był znak, że spotkanie z agentem odbędzie się w mieszkaniu operacyjnym w najbliższy czwartek o godz. 16.  

Stasi rezygnowała jednak z tych, którzy nie potrafili poddać się rygorom konspiracji. Gauck radził, by nagabywani mówili więc, że bardzo chcieliby współpracować dla dobra państwa robotniczo-chłopskiego, ale jest jeden szkopuł. Po wódce (a piją od czasu do czasu) tracą nad sobą kontrolę i mogą wszystko wygadać. Albo po prostu powiedzieć, że absolutnie wszystko mówi się żonie, więc ona pierwsza dowie się o chwalebnej współpracy z organami bezpieczeństwa.  W takiej sytuacji Stasi zwykle odpuszczała. Tym bardziej, że chodziło o młodych ludzi, którzy dopiero wchodzili w dorosłe życie i jeszcze nie wiele znaczyli. Tak jak Angela Merkel pod koniec lat 70. Na ich miejsce można było zwerbować innych. 

Jednak jeśli Stasi na kimś zagięła parol, to nie odpuszczała. Szantażem i groźbami wymuszała współpracę oraz dyskrecję. Opowieści o piciu wódki nie robiły na jej oficerach wrażenia.

Czy młodzi Niemcy korzystali z możliwości uniku? Gnauck opowiadał, że raczej rzadko. Współpraca ze Stasi była bowiem przepustką do wielkiej kariery. Słynny dziennikarz sportowy Hagen Boßdorf ochoczo został TW „Florianem Werferem”, bo marzyła mu się praca w mediach. Po latach owocnej działalności marzenie się spełniło. Kaca moralnego nie miał. Oficerowie Stasi wbili mu do głowy, że współpracując pomaga państwu. Sprawa wyszła na jaw dopiero pod koniec 2005 r., gdy Boßdorf był u szczytu kariery. Współpraca ze Stasi przyspieszała też przydział na mieszkanie czy trabanta. Opierać się po prostu nie opłacało. Tym bardziej, że rekrutujący oficer zapewniał, że donoszą wszyscy (w rzeczywistości w 16 mln NRD współpracowało ok. 100 tys. osób).

Odmowa wszechmocnej Stasi była zaś aktem odwagi, bo karierę zamykała. Merkel nie dostała posady na uniwersytecie – wysłano ją do laboratoriów wschodnioniemieckiej akademii nauk. Obroniła tam wprawdzie doktorat, ale na profesurę nie miała żadnych szans.

23:28, bartek.wielinski , Niemcy - Historia
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 października 2007

Cała Polska jest pod wrażeniem agenta CBA, który tak skutecznie prowokował posłankę Sawicką (PO), że ta wzięła 100 tys. zł łapówki. Jednak po kilkudniowym zamieszaniu wychodzi na to, że CBA nie grało w pełni lege artis, bo arsenał środków jakich użył ów agent wobec posłanki był po prostu nie do odparcia. Urokowi agenta i jego zalotom nie oparła by się sama Dziewica Orleańska, a co dopiero polityk z tylnich szeregów. Czyli wina Sawickiej jest wątpliwa. 

CBA można potępiać, że nie dość ze nagina prawo i to jeszcze robi to w okresie kampanii wyborczej Doceńmy jednak chociaż, że Agencja czerpie umiejętności operacyjne z najlepszych źródeł. Podrywanie pań w kwiecie wieku do perfekcji opracowali przecież agenci enerdowskiej Stasi.

Panowie w bezpieczniackim żargonie mieli ksywę „Romeo”. Mieli we wschodnim Berlinie specjalną tajną szkółkę, w której wykładali najlepsi enerdowscy psychologowie. Po kursie i przeszkoleniu praktycznym wysyłano ich do RFN. Tam podrywali leciwe urzędniczki w bońskich ministerstwach, sekretarki w zachodnich ambasadach  czy sztabach wojskowych. – Nie sądziłem, że efekty będą tak wielkie – wspominał po latach Marcus Wolff, super szef enerdowskiego wywiadu HVA. To właśnie on wpadł na pomysł szkolenia „Romeo”. Rozwinął w ten sposób metody bratniej KGB. Sowieccy agenci-kochankowie uwodzili ofiary by je potem ukatrupić, towarzysze ze Stasi robili ze swoich ofiar użytek.

O dziwo Romeo wcale nie przypominali dzisiejszych Chipendalesów. Niektórzy byli podobno zupełnie nieatrakcyjni. Ale tu właśnie wykształcenie brało górę nad urodą. Kochankowie spod znaku Stasi potrafili kobietom dogadzać, kupowali kwiaty organizowali romantyczne randki i słuchali tego co panie miały im do powiedzenia. Wtedy panie same rzucały się im w ramiona. Czytałem opowieść ofiary, która zakochała się w swoim Romeo na  pierwszym spotkaniu. Przez kilka lat wyciągał od niej tajne informacje z jej ministerstwa. Oczywiście przed werbunkiem daną panią rozpracowywał cały sztab agentów. „Romeo” widział z góry co lubi jego ofiara, a czego nie.

Ciekaw jestem tylko ile posłanek w kwiecie wieku rozpracowują „Romea” z CBA. Stasi rozkręciło ten proceder na masową skalę, myślę, że naśladowcy nie próżnują

22:52, bartek.wielinski , Niemcy - Historia
Link Komentarze (5) »
środa, 28 marca 2007

… jeśli chodzi o  motywację. Tak wynika z badań niemieckich fizyków z Uniwersytetu w Lipsku i ich kolegów z Edynburga. Mówiąc dokładniej, chodzi o stopień w jakim zdobyta przez drużynę bramka, mobilizowała jej piłkarzy. NIE wiem dlaczego mecze badali akurat fizycy i to na dodatek kwantowi. Ale faktem jest, że po przeanalizowaniu 20 tys. meczów DDR Oberligi i Bundesligi, z okresu 20 lat, naukowcy z Lipska przyznali palmę pierwszeństwa miłującym pokój piłkarzom NRD. Ba, ich klasowych wrogów z RFN oskarżyli o defensywność, bo dowiedli, że w Bundeslidze, jak się za Łabą zdobyło gola, to piłkarze zwykle wycofywali się i bronili wyniku. A w NRD na odwrót: w takiej sytuacji krzyczało się „za Rodinu”  i dawaj jeszcze raz na bramkę przeciwnika. Czyli wszystko było zgodne z obowiązującą doktryną.

Różnica w postawach miała rzekomo wynikać z mniejszego uprofesjonalizowania fußbalu w NRD, wiadomo w socjalistycznym kraju gra się dla przyjemności a nie dla pieniędzy. W to akurat wierzyć mi się nie chce. Stalinowski pilot Sasza Chołowanow w „Kontroli” Suworowa mawiał: „Nie ma u nas sportu zawodowego. Jest amatorski, trenujemy na okrągło”. W NRD było pewnie tak samo. Na okrągło trenowali chłopaki z FC Vorwärts – klubu enerdowskiej armii i ich główni wrogowie z BFC Dynama – czyli klubu, gdzie nawet sprzątaczki były pracownikami Stasi. Dynamu zresztą szefował od 1953r. do upadku muru sam  Erich Mielke, szef tej miłującej pokój służby. Nic dziwnego, że w latach 1979 – 88 tytuł mistrza NRD zdobywało co roku.

21:56, bartek.wielinski , Niemcy - Historia
Link Komentarze (7) »
piątek, 23 lutego 2007

Zmarł Lothar-Günther Buchheim, niemiecki pisarz, malarz, autor słynnej książki „Das Boot”. Miał 89 lat.

Mój ojciec podobno przeczytał „Das Boot” w ciągu jednej nocy. Mi lektura zajęła trochę więcej czasu, ale też czytałem z wypiekami. Film, nakręcony na jej podstawie po raz pierwszy obejrzałem gdy miałem 14 lat. Mimo ze Wolfgang Petersen zrobił go 25 lat temu, dla mnie to ciągle najlepszy film wojenny wszechczasów. Żadne amerykańskie podróby nie są w stanie z nim konkurować. Kilka lat temu odwiedziłem nawet dawną niemiecką bazę Ubootów w St. Nazaire nad Atlantykiem. Tam zaczynała się i kończyła opowieść Buchheima.

Na U-bootach Buchheim znał się jak mało który pisarz. W 1940r. były student drezdeńskiej Akademii Sztuk Pięknych i absolwent Napoli – kuźni kadr NSDAP zaciągnął się do Kriegsmarine. Służył na trałowcach, niszczycielach i w końcu na okrętach podwodnych. W 1941.r już jako korespondent wojenny na pokładzie U 96 udał się na patrol bojowy na Atlantyk. Potem w morze wypływał z załogami U bootów kilkakrotnie. W 1944r. uciekł ostatnim U bootem z okrążonej przez aliantów twierdzy – bazy marynarki La Rochelle.

Zanim spisał wojenne przeżycia minęło 30 lat, wcześnie jak mówił nie był do tego gotowy. W między czasie Buchheim zajmował się, zresztą z powodzeniem historią sztuki. „Das  Boot” wydano w 1971r. Książka stała się bestsellerem, ale wywołała w Niemczech burzę. Weterani Kriegsmarine oburzali się, że załogi okrętu nie przedstawiono jako prawdziwych niemieckich patriotów. Lewicowcy zaś oskarżyli autora o gloryfikacje nazizmu. Jak widać w powojennych Niemczech wszystkim się nie dogodzi. Film dostał sześć nominacji do Oskara.

 

                      

Na zdjęciach: u góry jedna z ostatnich fotografii Buchheima,  poniżej adm. Dönitz, twórca floty podwodnej III Rzeszy gratuluje Buchheimowi.

Dla Szanownych Czytelników kawałek "Das Boot'a"

21:15, bartek.wielinski , Niemcy - Historia
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 lutego 2007

Plastikowa karoseria trabanta była lepsza niż karoseria metalowa w zachodnich samochodach, bo nie rdzewiała, a na dodatek była bardziej odporna na zgniecenia. Tak moi Państwo, w trabancie szanse na przeżycie wypadku były większe niż w cinquecento. A jeszcze 20 lat temu przeciętny Enerdowiec, za taki samochodzik sprzedałby duszę diabłu, mimo, że partia stanowczo wykluczała jego istnienie.

Na podstawie historii trabantów (właśnie mija półwiecze) można wykładać młodszym pokoleniom zawiłości socjalizmu, a zwłaszcza zależność między założeniami teoretycznymi i efektem. Trabant był odpowiedzią władz NRD na frustracje wschodnioniemieckiego społeczeństwa późnych lat 50. Wówczas Berlina nie dzielił jeszcze mur i wystarczyło pojechać dwie stacje S-Bahnem by znaleźć się na zachodzie. Towarzysze z NRD masowo wykorzystywali tą możliwość czyli mówiąc po ludzku wiali na potęgę. W sumie z NRD do 1961r (wówczas wybudowano mur) uciekło 3,5 mln ludzi, czyli prawie co 3 mieszkaniec. Towarzysze w komitecie centralnym SED (enerdowska PZPR) głowili się co tych Niemców tak ciągnie na ten zgniły zachód. Doszli do wniosku, że to wszystko przez garbusy, które masowo produkowano w Volkswagenie. Auto, zaprojektowane jeszcze przed wojną, było tak tanie, że mógł sobie je kupić każdy mieszkaniec Zachodnich Niemiec. Towarzysze na Wschodzie postanowili nie tylko odpowiedzieć na tą prowokację, ale i pójść dalej – stworzyć jeszcze lepszy samochód. Realizację tego śmiałego planu powierzono zakładom VEB Sachsenring Automobilwerke w saskim Zwickau.

Wtedy zaczęły się pierwsze przejściowe problemy. Na karoserie potrzebna jest specjalna blacha – ale w byłym NRD nie było hut i walcowni, gdzie można by ją wyprodukować. A zachodni kapitaliści nie chcieli jej sprzedawać, bo ich imperialistyczne rządy nałożyły na eksport blachy do bloku wschodniego embargo. Towarzysze pomyśleli i poradzili sobie z tym problemem. NRD jako pierwszy kraj na świecie wynalazł karoserie z wzmacnianego metalowym szkieletem tworzywa sztucznego – w tym przypadku prasowanej mieszaniny fenoloplastu i bawełny. W 1957r. z taśmy w Zwikau zjechała pierwsze 50 samochodów. Nazwano je trabant – na cześć wystrzelonego przez ZSRR pierwszego sztucznego satelity– rosyjskie słowo sputnik  po niemiecku znaczy właśnie trabant.

Oczywiście trabanty nie mogły się równać z garbusem. Ale mimo to P 50  wzbudzały na wschodzie zachwyt. Autko było małe, ale w sumie przestronne. Silnik, niby dwutakt, ale moc jak na tamte czasy miał całkiem całkiem. Do tego wielkie szyby, no i ten amerykański sznyt plastikowej karoserii… Trabant szybko stał się obiektem pożądania. Kosztował 8 tys., enerdowskich marek – czyli tyle ile średnio zarabiało się w ciągu dwóch lat. No i nie każdy mógł go tak sobie kupić. Na trabanta trzeba sobie było zasłużyć – tak zresztą jak na syrenkę w sąsiednim PRL.

Oczywiście trabanty nie powstrzymały enerdowców przed ucieczkami na zachód i towarzysze z KC chcąc nie chcąc musieli w poprzek postawić mur antyfaszystowski (według oficjalnej propagandy to z zachodu przez Berlin do NRD wlewały się hordy terrorystów powiązanych z CIA)

Mimo to, doceniono osiągnięcia towarzyszy z Zwickau w dziedzinie motoryzacji i polecono projekt rozwijać. W 1962r. z taśmy zjechał pierwszy trabant 600, dwa lata później pierwszy wóz w wersji 601. Wtedy też uznano, że osiągnięto optimum i postanowiono w trabancie nic nie zmieniać. Konstruktorzy z Zwickau kreślili wszakże plany nowych wozów z plastikową karoserią, ale towarzysze w KC, skoro wszyscy w NRD tak kochają stare trabanty, to wypuszczanie na rynek innych samochodów i marnowanie pieniędzy nie ma sensu. Przecież trabant to niezawodny i bezpieczny samochód (patrz wyżej: porównanie do cinquecento).

Od połowy lat 60. aż do upadku NRD. produkowano te same plastikowe samochody z dwutaktowym silnikiem o pojemności 600 cm sześć. i mocy 15 koni. Stówę trabant osiągał w 25 sekund, zdarzało się to rzadko, bo maksymalna prędkość tego bolidu wynosiła 112 km. na godz.

O ściganiu się z Volkswagenem nie było już mowy. Nikt się już nim nie zachwycał, choć samochód nawet plastikowy był ciągle dla przeciętnego Enerdowca szczytem marzeń.  Ci, zaś którzy doczekali swoich czterech kółek z plastikową obudową, rozpoczynali walkę o części zamienne, równie niedostępne jak same trabanty. Podobno nawet 10 letnie trabanty schodziły na enerdowskich giełdach po cenie fabrycznej.

W sumie wyprodukowano trzy miliony trabantów. Spaliny jakie po sobie zostawiał stały się symbolicznym zapachem smutnego kraju rozciągającego się między Łabą a Odrą. Trabantami w wersji terenowej jeździło nawet enerdowskie wojsko .

W 1989 r. , po upadku muru, trabanty wjeżdżające do Zachodnich Niemiec witano kwiatami. Kilka lat później zniknęły z ulic w zjednoczonych Niemczech. Produkcję zakończono w 1991r. – trabanta przed śmiercią nie uratowały nawet montowane pod plastikową maską silniki od VW Polo. Choć o dziwo sporo ludzi z byłego NRD ciągle za nimi tęskni.  Tego akurat nie potrafię zrozumieć.

Nie wiem czy Trabant XXI wieku (patrz zdjęcie) faktycznie jeździ. Dlatego pozwolę sobie, na koniec tej sentymentalnej historii opowiedzieć anegdotkę:

Przychodzi facet do apteki

-Pół kilometra plastra poproszę –

Aptekarz do niego: - Wystarczy 300 metrów. Też mam trabanta.

środa, 17 stycznia 2007

Minęło ponad 60 lat odkąd skończyła się wojna, Adolf palnął sobie w łeb, jego kumpli powywieszano, a są jeszcze tacy, którzy z jego powodu cierpią. W Słowenii żyją sobie żuczki nazwane imieniem Führera, ale z tego powodu mają same kłopoty.  

Żuki żyją jedynie w 15 słoweńskich jaskiniach, naukowo mówi się o takich zwierzętach, że to gatunki endemiczne. Na ich ślad w 1930 r. wpadł Oscar Scheibel – niemiecki miłośnik entomologii. A, że  nikomu nieznane owady mają brunatny kolor, taki sam, jak mundurki nieprzyjemnych panów z SA  Scheibel postanowił zadedykować swoje odkrycie przyszłemu kanclerzowi i wodzowi Tysiącletniej Rzeszy. Owady nazwał Anophtalmus hitleri. Po upadku i osądzeniu nazistowskich Niemiec nie pozostawiono ani jednej nazwy, która by kojarzyła się z nazistowską dyktaturą, popularne na początku wieku imię Adolf znikło prawie z użycia. Nazwa żuka przetrwała – w taksonomii nazwy gatunkom przyznaje się na stałe – uznano zresztą, że nie ma sensu robić zamieszania skoro, żuczek nie rozprzestrzenia się poza kilkanaście jaskiń i jest znany tylko wąskiemu gronu specjalistów.

Okazało się jednak, że zwierze stało się sławne – w kręgach neonazistów, którzy brunatne owady traktują jako coś pomiędzy souvenirem a relikwią. Władze Słowenii objęły hitlerowskiego żuka ochroną, ale łowcy owadów i tak robią swoje i sprzedają upolowane insekty naziolom. Albo kradną okazy z uniwersytetów – ostatnio stwierdzono, że zniknęła cała kolekcja żuków Hitlera z monachijskiej Państwowej Kolekcji Zoologicznej . Łowcy kasują za nie niezłą kasę – Spiegel twierdzi, że za egzemplarz brunatnego owada można dostać nawet tysiąc dolarów. Nic dziwnego, że żuczkom podobno zagraża wyginięcie. Niestety prędzej zginą one, niż neonazistowska hołota.

 

21:26, bartek.wielinski , Niemcy - Historia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 listopada 2006
Dziś umarł Markus Wolf – enerdowski superszpieg, który przez lata grał na nosie zachodnim wywiadom, a te nawet nie miały pojęcia jak Wolf wygląda. Na rękach Wolfa krwi jest mnóstwo. Wszak enerdowskim wywiadem HVA rządził przez prawie pół wieku, a jego ludzie byli niebywale skuteczni i bezwzględni. Lista jego zasług dla budowy komunizmu jest długa, a jego macki sięgały Bundestagu i zachodnioniemieckiego urzędu kanclerskiego. Jego szpieg Günter Gulliaume był najbliższym doradcą Willego Brandta. Żaden z enerdowskich notabli nie był chyba tak znienawidzony za Łabą jak właśnie Wolf. Ale o dziwo, po zjednoczeniu ( a właściwie inkorporacji NRD do RFN) Niemcy zostawili Wolfa w spokoju. W sumie dostał dwa lata w zawiasach, za to, że jego ludzie porwali kilku obywateli RFN. To nie wiele. To, że Wolfowi pozwolono dożyć swoich dni w spokoju, nie jest w Niemczech wyjątkiem. W Chile, w nowej ojczyźnie swojej córki żywota dokonał Erich Honecker. Ericha Mielke w zjednoczonych Niemczech poszedł siedzieć na dwa lata, nie za to, że jako szef STASI terroryzował enerdowskie społeczeństwo, tylko za to, że w latach 30 zabił dwóch policjantów. Następca Honeckera, Egon Krenz za sankcjonowanie strzelania do uciekinierów z NRD przesiedział ponad połowę 6 i pół letniego wyroku. Generał Baumgarten, szef enerdowskich pograniczników dostał tyle samo, po dwóch latach został jednak ułaskawiony. Podbnie miało się w wielu innych przypadkach. Wielu funkcjonariuszy aparatu partyjnego i Stasi wymiar sprawiedliwości dał spokój. Dziś prowadzą sobie spokojne życie emerytów ( a emerytury mają niezłe). Latem spacerowałem po wschodnioberlińskim osiedlu (niegdyś zamkniętym), na którym dalej mieszkają dawni wysocy rangą oficerowie bezpieki. Starsi panowie opalali się przed swoimi jednorodzinnymi domkami. Domki wybudowano w czasach, gdy zwykły mieszkaniec NRD mógł wprowadzić się co najwyżej do mieszkania w wielkiej płycie. Skąd bierze się ta humanitarność? Przecież Niemcy bezwzględnie wyczyścili swój kraj z agentów, a o lustracji w niemieckim wydaniu mówi się w superlatywach. Hubertus Knabe, szef memoriału Stasi mówi, że to w dużej mierze efekt sądowych procedur. Bo procesy byłych enerdowskich ubeków ciągnęły się w nieskończoność. Ofiary po latach plątały się w zeznaniach, co podchwytywali obrońcy – również dawni funkcjonariusze bezpieki. A dziś Niemcy są praworządne nawet w stosunku do oprawców, więc każdą rozbieżność w zeznaniach interpretuje się na korzyść oskarżonego. Poza tym w NRD nad więźniami znęcano się psychicznie - to nie zostawia śladów na ciele, ciężko to udowodnić. A prowadzenie miesiacami śledztwa nie jest przecież przestępstwem. W końcu funkcjonariusze wykonywali rozkazy, działali w ramach enerdowskiego prawa. Nie jest to jednak temat publicznych dyskusji za Odrą. Niemcy chcą już zapomnieć o podziale kraju. Grzebanie w ciemnej historii NRD nie wielu już interesuje.
20:41, bartek.wielinski , Niemcy - Historia
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 października 2006
Tory mojej kolejki Piko niestety kończyły się ślepo. Właściwie nie do końca, bo można z nich było zbudować tez owal, ale wtedy torów nie starczało by dołożyć czegoś do zwrotnic. W sumie mi to nie przeszkadzało. Gdy pociąg dojechał do krańca, przestawiało się pokrętło transformatora i wtedy lokomotywa jechała w tył. Na pudełku z kolejki widniał wielki napis PIKO a pod spodem mniejszymi literami pisało „Made in GDR”. GDR to Niemiecka Republika Demokratyczna, kolejka PIKO zaś była marzeniem każdego dziecka, trzymanego w obozie socjalistycznym. Kolejkę załatwił ojciec. Właściwie to załatwił jakiemuś znajomemu akumulator do malucha, a ten nie wiedząc jak się zrewanżować dał mu swoją kolejkę. Ojciec miał mi zrobić makietę, kupić i posklejać plastikowe domki, drzewka i semafory, ale jakoś nie miał nigdy czasu, a ja za szybko wyrosłem z kolejek. Pamiętam zapach plastikowych podkładów pod tory i kadłubów wagonów. Ostry, trochę przypominający lizol, a mimo to budził dobre skojarzenia, skojarzenia z terkoczącą lokomotywą ze składanym pantografem. Nic tak nie pachniało w całym domu. Teraz wiem dlaczego. Zapach swojej kolejki poczułem zimą tego roku w … więzieniu. Zwiedzałem tajny areszt śledczy Stasi w berlińskich Hochschönhausen. Przewodnik, dawny więzień, oprowadzał mnie po celach, a potem zaprowadził mnie do części gdzie przesłuchiwano więźniów. Wszedłem do długiego korytarza, pełnego bocznych drzwi. Wtedy to poczułem. – Tak pachnie enerdowski plastik – powiedział przewodnik. Zapach unosił się z wykładziny, tak jak moja kolejka pachniały telefony na biurkach enerdowskich ubeków, zresztą zapachem przesiąkły ściany. Dowiedziałem się później, że w NRD były inne charakterystyczne zapachy. Oprócz plastiku kraj można było poznać po smrodzie dymu z kominów. NRD rabunkowo wydobywało na Łużycach węgiel brunatny, którym później palono w domach jak i w fabrykach. No i nie można zapomnieć o spalinach z dwutaktowych silników Trabantów. Ale to już przeszłość. Węglem brunatnym się już nie pali, trabanty dziś do rarytas, ale zapach plastiku „made in GDR” będzie się unosił dobre sto lat. To jedyna pamiątka po smutnym kraju tow. tow. Ulbrichta i Honeckera.
21:01, bartek.wielinski , Niemcy - Historia
Link Komentarze (2) »
środa, 11 października 2006

W roku 1985 przed pewnym porucznikiem KGB otworzyły się niezwykle szerokie perspektywy. Ba, osiągnął to co dla wielu mieszkańców ZSRR było mrzonką. Otóż centrala wysłała go Drezna (wówczas NRD). Dla niewtajemniczonych: przepaść między Związkiem, a Wschodnimi Niemcami była gigantyczna: w NRD sklepy były pełne towarów, a ludzie mieli nawet własne samochody, co z tego, że były to trabanty i wartburgi. Ów młody oficer KGB to właśnie Władymir Władymirowicz Putin. W Dreźnie spędził najlepsze lata swego życia. W Leningradzie Putin z żona i dwiema córeczkami gnieździli się w mieszkaniu rodziców. W Dreźnie dostali własne m w wielkiej płycie, a miesięczna pensja (1000 enerdowskich marek + 100 dolarów) pozwalała dobrze żyć i odkładać na samochód.

Powiedzmy bez ogródek: Putin był sowieckim szpiegiem i pracował w rezydenturze KGB mieszczącej się w jednej z dreźnieńskich willi.. Jak wspomina na łamach „Die Welta” jego kolega z biura Władymir Uzzolew, Putin zajmował się werbowaniem „ideologicznie pewnych” enerdowców, którym KGB wyrabiało nowe paszporty i pod nowym nazwiskiem przerzucało do RFN. W pracy Putinowi pomagało dwóch wcześniej zwerbowanych mieszkańców NRD. – To było jak wyszukiwanie pereł – mówi Uzzolew. Efekty pracy? W ciągu pięciu lat przyszły rosyjski prezydent zaliczył nowe dwa werbunki, za co od centrali dostał kapitańskie pagony. Podobno też usiłował wykraść plany Eurofightera i najnowsze technologie Siemensa, a nawet wspierać wysiłki uratowania NRD podejmowane pod koniec lat 80. Ale generalnie jego działalności na Łubiance nie oceniano najlepiej.

Gdy NRD zaczęło się sypać Putin musiał bronić rezydentury KGB w Dreźnie, którą otoczyli demonstranci plądrujący pobliskie budynki Stasi.  Potem centrala poleciła mu by przejął dla KGB agenturę Stasi. Ten solidnie wziął się do pracy, ale na ślad siatki wpadł Verfassungschutz, czyli zachodnioniemiecki kontrwywiad – okazało się, że jeden z agentów Putina przeszedł na zachodnią stronę  i zaczął sypać. Przyszły prezydent Rosji nie miał w Niemczech czego szukać, w styczniu 1990r. wrócił do Leningradu. Znajomi na pożegnanie kupili mu pralkę Boscha. Ten skarb przyszły prezydent Rosji z trudem wsadził do swojego samochodu.

13:18, bartek.wielinski , Niemcy - Historia
Link Komentarze (1) »
wyborcza.pl
Bartosz Wielinski

w "Gazecie" pisze o Niemczech i Austrii, w latach 2005 - 2009 korespondent GW w Berlinie, wcześniej, w oddziale GW w Katowicach, pisał o Polakach i Niemcach na Górnym Śląsku.

top | Agora SA | design by kate_mac | zmiany: autor