Tytuł blogu jest trochę nieadekwatny, bo jego autor aktualnie próbuje przeżyć w Warszawie. Do Berlina stara się regularnie zaglądać

Górny Śląsk

poniedziałek, 07 września 2009

Swego czasu polskie listy przebojów podbijał kawałek "W aucie", który przy okazji wskrzeszał słynnego Franka Kimono. Jakiś czas temu śląska grupa o naziwe Lebry (pol. lenie) przeniosła utwór na swój rodzinny grunt. Wyszło przezabawnie. Zwykle nie słucham takiej muzyki, ale tekstu słuchałem z łezką w oku. Niektóre hasła ostatni raz słyszałem za bajtla (pol. w dzieciństwie).

Dla Czytelników stroniących od ostrych tekstów łagodna mieszkanka śląsko-latynoska.

23:33, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (5) »
wtorek, 02 grudnia 2008
Koniec stycznia 1945. Miechowice, pod Bytomiem. Górny Śląsk jest praktycznie w rękach Armii Czerwonej. Rabunki, gwałty, podpalenia są na porządku dziennym. W Miechowicach Rosjanie zabijają prawie trzysta osób. Wyciagają ich z piwnic, nie oszczędzają nawet katolickiego księdza. Podobno to zemsta za to, że fanatyczny członek Hitler Jugend zastrzelił sowieckiego majora.

Piszę o tym, ponieważ to prawie identyczna historia, jak ta która dwa miesiące później rozegrała się w Treuenbrietzen, o czym pisałem w dzisiejszej GW. W tym miasteczku między Poczdamem a Wittenbergą od sowieckich kul w kwietniu 1945 r. zginęło tysiąc cywilów.

Niemcy z Treuenbrietzen założyli stowarzyszenie i starają się dojść do tego co faktycznie wydarzyło się w  1945 r. Ofiarom wystawili pomnik. Za czasów NRD nie wolno było mówić o masakrze prawdy. Cywile mieli zginąć podczas bombardowania. Według partyjnej propagandy Armia Czerwona nie zabijała przecież bezbronnych.

W Miechowicach w kościele wisi tablica przypominająca o tragedii. O wydarzeniach też w czasach PRL nie mówiono. Jeśli już, to z naciskiem, że zabijano Niemców. Tymczasem w Miechowicach ginęli Ślązacy, a nawet polscy robotnicy przymusowi.

Mieszkańcy Treuenbrietzen zawiadomili prokuraturę w Poczdamie o popełnieniu morderstwa. Ta wszczęła śledztwo w sprawie wielokrotnego mordu. Śladu winnych chce szukać w rosyjskich archiwaliach. Poprosiła nawet rosyjska prokuraturę generalną o pomoc prawna.  

Sprawę Miechowic bada od 2006 r. katowicki IPN, ale bez większych efektów. Na pomoc Rosjan Polacy mają o wiele mniejsze szanse niż Niemcy – wiadomo, na  badaniu historii odbija się też polityka.

O masakrze w Treuenbrietzen dzięki prasie robi się głośno nie tylko w Niemczech, ale i w Polsce. O Miechowicach przypomina się rzadko, skróowo, zwykle podczas kolejnych rocznic tzw. wyzwolenia Górnego Śląska - czyli pod koniec stycznia. A przecież podobne sceny rozgrywały się w wielu miejscowościach, po obydwu stronach przedwojennej granicy polsko-niemieckiej. Rzezi dokonano w  Przyszowicach  (przed wojną Polska) i Bojkowie (przed wojną Niemcy). Tysiące Górnoślązaków wywieziono potem do łagrów.

Gdy sprawa Treuenbriezten pojawiła się w polskiej prasie zaczęto od razu stawiać pytanie czy to aby nie precedens. Czy Niemcy nie próbują w ten sposób rozliczać się za wojenne krzywdy. Kto następny znajdzie się na celowniku prokuratury w Poczdamie: czy piloci bombowców bombardujący Drezno, czy może Polacy wypędzający Niemców z tzw. Ziem Odzyskanych po 1945 r. Dzięki temu mogliby obwieścić światu, że są ofiarami wojny, a nie jej sprawcami.

O tym, że Rosjanie robili to samo na Śląsku nikt nie jakoś wspomina. Ani o tym, że należałoby ich też za te zbrodnie rozliczyć i podobnie tak jak Niemcy przynajmniej spróbować dostać się do ich archiwów. Przy okazji należałoby obwieścić światu, że Sowieci mordowali i zsyłali nie tylko fanatycznych nazistów, ale i Ślązaków. W dużej mierze tych samych, którzy dwadzieścia lat wcześniej walczyli o polski Śląsk w powstaniach.

Ludzie maja prawo wiedzieć, co działo się w ich miejscowościach. Zarówno w Treuenbriezen jak i w Miechowicach.

PS. Opole i wschodnioniemiecki Rostok to jedyne miasta w Europie gdzie jest ulica Ilji Erenburga. Ten sowiecki pisarz wzywał w odezwach do mordowania niemieckich cywilów. W Rostoku skutków jego apeli być może nie odczuto. W Opolu i na Śląsku owszem. Erynburg twierdził też, że w Katyniu polskich oficerów rozstrzelali Niemcy. Dlatego tym bardziej nie rozumiem co jego nazwisko robi na mapie miasta.  

17:59, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (11) »
niedziela, 30 marca 2008


Główny hall dworca PKP w Katowicach, witryna kiosku z prasą tuż przy schodach prowadzących do przejścia na perony. Taką kompozycję można zobaczyć tylko w Polsce.
21:29, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 stycznia 2008

W dzisiejszej katowickiej GW przeczytałem tekst o nowym osiedlu w Katowicach Piotrowicach (dla Czytelników spoza Śląska - jedna z przyjemniejszych dzielnic Katowic). Osiedle ma być super. A, że będzie mieścić się koło lasu deweloperzy ochrzcili je mianem ... "Forest Hill".

Chylę czoła nad językowymi zdolnościami projektantów. Lepiej z nazwą trafić nie mogli.

Osiedle nie mogło się przecież nazywać "Leśne wzgórze" - bo przecież używanie języka polskiego we współczesnnej architekturze to obciach. W osiedlu pod taką nazwą mieszkania na pewno by się nie sprzedawały. Bo jak powiedzieć znajomym, że mieszka się na jakimś zapyziałym Wzgórzu. Na Hillu brzmi lepiej, a może znajomi będą niekumaci i pomyślą, że chodzi o Beverly Hills...  

Myślałem, że czasy sklepików, które szumnie nazywano "marketami spożywczymi", jedzenia "lunczów", firm, które musiały mieć w nazwie literę "X" i w ogóle pretensjonalnego posługiwania się polsko-angielską mieszanką już jakoś minęły. Architekci i deweloperzy budujący w południowych Katowicach dowodzą, że wcale nie.

 

piątek, 14 grudnia 2007

Pięknie wygląda, prawda? To widok gdzieś z końca 19 wieku. Na Pocztowej (Poststraße) nie ma jeszcze gmachu banku, nie ma szkoły ludowej na Młyńskiej  (Mühlenstraße), a budynek, którego mury majaczą w dali to katowicki młyn  - o nim napiszę przy okazji.  W wieży, którą widać zamontowano telegraf. A nad wszystkim powiewa cesarska flaga

Neogotycki gmach poczty to moim zdaniem jeden z najładniejszych budynków w starych Katowicach.  Przebudowywano go dwukrotnie. Ostatni raz w 1927r. gdy otrzymał dzisiejszy wygląd.Skan tej unikalnej pocztówki wygrzebał Jacek Siebel z Muzeum Historii Katowic, gdy byłem u niego ostatnio 2 lata temu pilnie poszukiwał oryginału. W Muzeum mają też kopię kroniki katowickiej poczty, którą  Joachim Bielski, miłośnik Katowic z Kleinostheim, wygrzebał w Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Frankfurcie nad Menem.

Dawno temu napisałem o poczcie i jej historii tekst. Tu można go przeczytać. Najciekawsze jest to, że katowiccy pocztowcy rozwój zawdzięczają … żydowskim kupcom z Sosnowca, w ówczesnej Rosji, którzy zamawiali do Katowic paczki z towarem, odbierali je na tamtejszej poczcie, a potem przemycali go przez granicę.   

18:32, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (5) »
niedziela, 08 lipca 2007

 To były piękne czasy. Brałem cyfrówkę pod pachę, wskakiwałem w 297, 20 minut do centrum Katowic, a potem kwadransik piechotą z dworca na Francuską. Tam w piwnicach wieżowca, tuż przy autostradzie mieści się miejskie archiwum budowlane. Spędzałem w nim godziny. Wertowałem zakurzone księgi i wczytywałem się w wypełnione szwabachą dokumenty. Przed oczami przelatywały nazwiska znanych mieszczan i architektów oraz  plany kamienic jakie stawiali. Trudno o lepszy zapis miejskiego życia, tym bardziej, w nietkniętym stanie przetrwało od początków Katowic. W archiwum są dokumenty wykaligrafowane przez kajzerowskich urzędników, na innych widnieją polskie pieczęcie, na jeszcze innych łatwo dostrzec swastykę.
Teczek nie mogłem oczywiście brać do domu, więc robiłem im zdjęcia – po to by poczytać dokumenty w spokoju i napisać kolejny tekst. Wczoraj robiłem porządek w swoim prywatnym archiwum, no i znalazłem kwity, którymi nie zdążyłem się zająć. Dlatego od czasu do czasu wrzucę jakąś historyjkę na bloga - to ciągłe pisanie o belkocie Pawełki, Steinbach i braci Kaczyńskich mnie już nuży.
Do archiwum wpuszczała mnie jego szefowa Ula Zgorzelska i pani Jadzia - Paniom jeszcze raz dziękuje za pomoc.

Swego czasu ujęły mnie stare papiery firmowe i nagłówki. Chciałem nawet zrobić z nich specjalną wkładkę do „Gazety”, ale na pomyśle się skończyło. Przynajmniej sobie powiszą tutaj.

 

 Firma budowlana Brieger - budowała Grunfeldom cegielnie na Muchowcu. Zwróćcie uwagę, że 100 lat temu nie było Sosnowca tylko Sosnowice.

Koszerny rzeźnik i wędliniarz z Poprzecznej - dziś Staromiejska

 

Logo Hotelu Monopol - z międzywojnia

nagłówek przedowojnnego Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego

tak podpisywał się pod projektami wielki architekt Karol Schayer - twórca Muzeum Śląskiego

a tak inny wielki - Tadeusz Michejda, pionier konstrukcji stalowych, kolega Witkacego, lista jego dokonan to temat na osobny wpis

logo Związku Powstańców z pisma dotyczącego odbioru technicznego Domu Powstańca, przy dzisiejszej ul. Matejki

Logo NSDAP z Wrocławia, które w 1939r. przejęło Dom Powstańca dla swoich nazi-potrzeb

z dokumentów młyna w Katowicach

Papier firmowy sklepu "wszytsko dla nazistów" - mundurki, ordery, odznaki flagi itd. Mieścił się na dzisiejszej Staromiejskiej.

11:43, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (7) »
środa, 11 kwietnia 2007

Do zacnego grona wpisanych na listę wrogów Polski i białej rasy dołączył mój przyjaciel Darek Walerjański, znany zabrzański miłośnik zabytków i opiekun tamtejszego cmentarza żydowskiego. Lista, znana jako „redwatch” choć jest prowadzona przez garstkę debili (co widać po ich tekstach) mimo prawdziwych i udawanych wysiłków polskiej policji ciągle wisi w internecie.

Na „redwatchu”, jakiś uważny obserwator życia w mieście, postawił fotkę, jaką Darek zrobił sobie z uczniami pierwszej klasy zabrzańskiej budowlanki, z którymi wcześniej sprzątał zabrzański kirkut. Podpis pod fotografią: „Wstyd i hańba, cmentarz zarazy ludzkiej” (wcześniej pisało „chańba”), o sprzątających autor notki pisze, że to "zdrajcy rasy".  Darek powinien poczytać sobie to za zaszczyt, że jego pracę zauważyli nawet miłośnicy glanów i golenia głowy, którzy być może coś z tego wynieśli. Tyle że dyrektorka budowlanki, gdy dowiedziała się o sprawie wykazała się wręcz podręcznikową postawą obywatelską i stawiając dzielnie czoła neonazistom zabroniła swoim uczniom pomagać Walerjańskiemu w pracach na kirkucie. Przecież w Polsce, a szczególnie w Zabrzu neonazista z nożem czai się na każdym rogu i uczniom grozi niebezpieczeństwo. I tak dobrze, że nie wezwała na pomoc izraelskich spadochroniarzy.

Gdy o sprawie tuż przed świętami napisała katowicka „GW” miałem nadzieję, że owa pani dyrektor będzie w swoim bohaterstwie odosobniona, że za Walerjańskim murem stanie regionalna elita – wszak w historii Śląska i Zagłębia Żydzi zapisali piękną kartę i żaden neonazista nie będzie tego kwestionował. Liczyłem na nazwiska dużego kalibru, bo na zabrzańskich polityków, jak się okazało i w tym przypadku, nie ma co liczyć. Ale gdzie tam.

Jak się jednak okazało, jedynym politykiem, który ujął się za Walerjańskim i postanowił pokazać naziolom, że się ich nie boi jest niejaki Jerzy Gorzelik – "znany wróg Polski, secesjonista z Ruchu Autonomii Śląska. To jasne, że wspierając obrońców zabytków z Zabrza liczy, że upiecze przy okazji własną pieczeń i dzięki mediom uda mu się dalej bałamucić Ślązaków, że są Ślązakami" :)) (oczywiście żartuje)

A tu ja naiwnie po cichu liczyłem na posła Jana Rzymełkę, niezwykle utalentowanego medialnie śląskiego polityka PO. Pan poseł, mistrz świata w zabieraniu głosu w rozmaitych debatach, tym razem milczy. Czy to efekt świątecznej, ciężkostrawnej diety, czy może tego, ze pan poseł woli nie zadzierać z kolesiami z redwatch, bo jeszcze dorwą go w ciemnym zaułku i zerwą z szyi ozdobny kamień, z których Rzymełka słynie? Czy z podobnych przyczyn milczą niemniej medialni panie senator Krystyna Bochenek (PO) i Krystyna Doktorowicz (SLD)? Gdy jeszcze pracowałem w GW w Katowicach panie chętnie dzieliły się z kolegami - dziennikarzami refleksjami na temat sposobu zaręczyn własnych dzieci i upodobań kulinarnych. Gdy łysi grożą obrońcy śląskiej tożsamości pani nic nie mają do powiedzenia. To pewnie zbyt mikra sprawa, jak na autorytet członkiń Senatu. No i gdzież się podziewał niestrudzony obrońca Śląska senator Kazimierz Kutz. Co robili młodzi posłowie PiS czy Platformy, albo pokaźna  rzesza dawnych polityków z prawicy czy lewicy, która obecnie nie ma parlamentarnego przydziału?

Pozwalam sobie na tego typu złośliwości bo bierność wobec sprawy Walerjańskiego mnie poraża. Znam Darka od pięciu lat - naszą współpracę zaczynaliśmy od tego tekstu. To jeden z najlepszych znawców dziejów Żydów na Śląsku i historii Zabrza, który od lat angażuje sie w to, by o tej historii nie zapomniano . Wystarczy jednak by jego nazwisko i fotografia pojawiła się na nazistowskiej stronie by sparaliżować  jego pracę i nikt, poza grupką przyjaciół Darka tym się nie przejmuje. I tym samym przyzwala na tego typu szkalowanie porządnych ludzi przez brunatną bandę. Ba, rozochoca ją do następnych numerów.

Psim obowiązkiem w/w śląskich parlamentarzystów i innych jest słanie sprawie list "redwatcha" interpelacji do MSW i poganianie szefa policji oraz udzielenie Walerjańskiemu wsparcia i to nie tylko duchowego. W Niemczech, gdy tylko neonaziści podnoszą głowę na ulicę wychodzą tysiące ludzi. Gdy w zeszłym roku w ex-enerdowskim Prezien naziści spalili kopię „Pamiętników” Anny Frank w piersi bili się członkowie landowego rządu. Winni nie dość ze dostali wyroki, to są pod stałym nadzorem Verfassungsschutzu. A u nas? A u nas tak nie będzie. Panie Senator w najbliższych dniach będą dzielić się z czytelnikami przepisami kulinarnymi, pan poseł pobije kolejny rekord w liczbie imprez odwiedzonych w ciągu jednego dnia. A Walerjański? Ciągnęło go na kirkut, sam chciał problemów? To je ma. Więc o co chodzi?

21:25, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (9) »
środa, 07 marca 2007

Jest takie miejsce w Berlinie, które  zaskakuje wszystkich przyjezdnych. Na Unter den Linden, naprzeciw Lustgarten i katedry stoi sobie stalowy szkielet. I sobie straszy.

To pozostałości po czasach sukcesów Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Tu niegdyś mieścił się Pałac Republiki, w którego  przepastnej sali obradowała  Izba Ludowa, czyli pseudoparlament tego smutnego kraju. Pałac Republiki wymyślił Walter Ulbricht – czyli odpowiednik naszego Bieruta. By go postawić, kazał wyburzyć berliński pałac królewski – to w końcu symbol pruskiego nacjonalizmu. Na jego miejscu stanęła pokraczna konstrukcja z betonu, szkła, stali i jak się okazało już po zjednoczeniu Niemiec, także z rakotwórczego azbestu.

Grupa Niemców mało konserwatywnych przez lata usiłowała obronić pałac przed rozbiórką. (Tu cała historia tej szczytnej walki). Bez skutku – rok temu los budynku przypieczętował senat Berlina. Od tego czasu pałac znika kawałek po kawałku. A gdy już zniknie zupełnie, to pewno na jego miejscu wyrośnie trawa, bo Berlin jeszcze nie ma pieniędzy, by przywrócić sprawiedliwość historyczną, czyli odbudować dawny pałach Hohenzollernów.

Pałac Republiki znika jednak strasznie wolno. Coś mi się widzi, że nie ma to związku z bezpieczeństwem robót budowlanych, a raczej z wrodzoną nieudolnością niemieckiego  robotnika. (Jak wiadomo w Niemczech porządnie budują tylko Polacy i Rumunii). Może władze Zabrza czy Bytomia powinny wyciągnąć pomocną dłoń w kierunki stolicy Niemiec i wysłać pociągiem EC Wawel grupkę miejscowych złomiarzy? Ci z taką konstrukcją poradziliby sobie w góra dwa tygodnie. Gdy jeszcze siedziałem na Śląsku miałem okazję podziwiać ich dzieła. W ciągu kilku lat potrafili rozebrać setki kilometrów torów kolejowych, w tym słynnej śląskiej wąskotorówki. W oczach znikały stare budynki huty Szopienice, kopalni Polska, cynkowni na Wełnowcu, zabrzańskiego domu kawalera, kilkunastu wież ciśnień. I to bez ciężkiego sprzętu i zabezpieczeń. Sam widziałem jak za pomocą młotka i przecinaka odwalali stalowe płyty z dachu.

Na Śląsku złomiarze aktywnie wspierają hutnictwo, bo rozebrana stal trafia via skupy do wielkich pieców oraz  proces przemian urbanistycznych – pozbawiając krajobraz tak niepotrzebnych w XXI w. elementów jak wieże wyciągowe czy fabryczne kominy. Pracują wytrwale, a przerwy robią tylko na  przysłowiowe jabole. W Bytomiu żartuje się nawet ( a jest to podły żart z współczesnego etosu pracy), że gdyby w skupach płacili za gruz, to miasto by znikło bez śladu.

Dlatego uważam, że Śląsk powinien się podzielić tym co ma najlepszego. Kiedyś wysyłaliśmy do Berlina inżynierów,  teraz wyślijmy specjalistów od rozbiórek konstrukcji stalowych. Niech ten straszak z Unter den Linden szybko zniknie!

23:44, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 stycznia 2007

Tą przygnębiającą wiadomość otrzymałem z pewnym opóźnieniem, choć wcale nie zmniejsza to mojego smutku. Otóż z kulturalnego krajobrazu stolicy Górnego Śląska znika kultowy pub irlandzki o łatwo wpadającej w ucho nazwie „Spencer”.

Dla Katowic to cios - miasto, mające głośne ponadregionalne pretensje, z dnia na dzień straciło ważny przybytek kultury. „Spencer” był w szarych Katowicach ustroniem, w której strudzeni pracą intelektualiści: czy to wybitni naukowcy, znani dziennikarze i redaktorzy, aktorzy, najlepsi krytycy i recenzenci , czy też mający artystyczne ambicje prężni biznesmeni mogli odpocząć, orzeźwić się i podczas przyjemnej konwersacji z równymi sobie poszerzyć swoje horyzonty. To tutaj w głośnych debatach i posługując się łacińskimi terminami obalano kościelne dogmaty, rozwiązywano zagadki historii, planowano wielkie inwestycje i wyznaczano kierunki w jakich podążać powinien świat regionalnej polityki. „Spencer” był miejscem kultowym, ale elitarnym. Ja sam, z racji młodego wieku i małego życiowego doświadczenia nie zawsze byłem dopuszczany do obciążonych kuflami i talerzami stołów, przy której starsi koledzy zgłębiali ową tajemną wiedzę.

 Koniec „Spencera” jest dla mnie całkowitym zaskoczeniem, bo jeszcze w grudniu miałem okazję odwiedzić jego podwoje, sprytnie korzystając z małego obłożenia stolików we wczesnych godzinach wieczornych. Jak dziś pamiętam jego stylowe wnętrze: lekko pożółkłe obrazki na zakurzonych ścianach - tak charakterystyczne do brytyjskich świątyń wiedzy i ten słodkawy zapach oleju zmieszany z papierosowym dymem, który przez następne godziny przypominał mi, że spędzałem czas w doskonałym miejscu i doborowym towarzystwie. To oczywiście już tylko wspomnienia – choć intensywne – dlatego strata Spencera boli mnie podwójnie. Niepocieszony pytam się władz Katowic – jak mogliście dopuścić by „Spencer”, było nie było kulturalna instytucja miasta przestała funkcjonować? Jak mają rozwijać się intelektualiści, których nagle pozbawia się miejsca do pracy i odpoczynku?

20:40, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (9) »
sobota, 06 stycznia 2007

Zagadka dla Szanownych Czytelników. Ile w 1936r. trwała podróż pociągiem z Berlina na Górny Śląsk?  14 godzin? 12? Nic z tego. Jechało się 4 godziny 25 minut.

Pytanie następne. Ile czasu trzeba, by pokonać koleją ten sam dystans w XXI wieku?  Minimum 8 godzin, a są pociągi, które jadą nawet 10.

Z pozoru ta rozbieżność dziwi, bo w końcu żyjemy w epoce postępu, czyli pociągi z dekady na dekadę powinny jechać szybciej. Tyle, że w przypadku Górnego Śląska zasada ta działa odwrotnie. Lepiej, moi Państwo,  już było i jak wiemy dotyczy to nie tylko pociągów do Berlina.  

15 maja 1936r. z Berlina, z Dworca Śląskiego (to dzisiejszy Ostbahnhof) wyjechał pierwszy super szybki pociąg do Bytomia. Nazwano go „Fliegender Schlesier” czyli  „Latający Ślązak”. Z racji oszałamiającej prędkości jaką osiągał – czyli średnio ok. 130 km na godz., a chwilami nawet 160,  powszechnie wołano nań „Latający Pieron”.

„Fliegender Schlesier” startował ze stolicy Niemiec o 20:06. W Bytomiu był o wpół do pierwszej w nocy. Po drodze zbierał i wysadzał podróżnych na dworcach we Wrocławiu, Opolu, Kędzierzynie  i Gliwicach. O 5:24. ruszał w drogę powrotną , w Berlinie był kilka minut przed dziesiątą. I tak co dzień, aż do wybuchu wojny.  Oczywiście wyprodukowany we wrocławskich zakładach  Linke-Hoffman „Latający Ślązak” nie przypominał ówczesnych pociągów. Nie przyczepiano doń parowozu, a kształtem przypominał bardziej współczesne autobusy szynowe (niech znawcy kolei wybaczą mi to porównanie, gdzież szynobusom do Latającego Ślązaka) i też napędzany był silnikiem spalinowym. 

Dziś nawet gdybyśmy cudem odnaleźli zachowany egzemplarz pociągu, to i tak do Berlina trzeba by się tłuc osiem godzin (jeśli nie dłużej). Tory za Wrocławiem są w tak fatalnym stanie, a pociąg tak zwalnia, że chwilami ma się wrażenie, że można z niego wysiąść i iść wzdłuż torów, a pociąg i tak nie odjedzie. Żeby było śmieszniej podobno tory w pobliżu Zielonej Góry w ogóle nie trzymają się wszelkich norm i pociągi, by je ominąć muszą nadrabiać drogi jechać przez Żagań i Cottbus.

No i pociąg nie miałby po co odjeżdżać z Bytomia. 70 lat temu miasto ( wówczas w Niemczech)  kwitło. Dziś o dawnej świetności świadczą tylko rozsypujące się kamienice. Bytom zwiędnął, podupadł, a wiele jego dzielnic zamieniło się w slumsy, gdzie większość mieszkańców trudni się zbieraniem złomu, rozbierając przy tym co popadnie, także tory kolejowe. Zniknął nawet hangar, w którym nocował "Latający Ślązak" . Przyczyn tej degradacji jest wiele, choć głównymi winnymi są ci, którzy Bytomiem rządzili po 1989r .Miasto rozsypywało się przecież na ich oczach.

Zawsze myślę o Bytomiu i „Latającym Ślązaku” gdy o 9:42 odjeżdżam z katowickiego dworca do Berlina. Mam przed sobą osiem godzin. Najgorsze jest to, że nie zapowiada się, by ten cholerny pociąg miał kiedykolwiek jechać szybciej.

Zdjęcia "Fliegender Schlesiera" znalazłem na forum http://www.skyscrapercity.com. Pochodzą ze strony http://wroclaw.hydral.com.pl

14:20, bartek.wielinski , Górny Śląsk
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2
wyborcza.pl
Bartosz Wielinski

w "Gazecie" pisze o Niemczech i Austrii, w latach 2005 - 2009 korespondent GW w Berlinie, wcześniej, w oddziale GW w Katowicach, pisał o Polakach i Niemcach na Górnym Śląsku.

top | Agora SA | design by kate_mac | zmiany: autor