Tytuł blogu jest trochę nieadekwatny, bo jego autor aktualnie próbuje przeżyć w Warszawie. Do Berlina stara się regularnie zaglądać
wtorek, 31 października 2006

 Po wczorajszej konferencji prasowej Angeli Merkel i J. Kaczyńskiego można było odnieść wrażenie, że polski premier w Berlinie nic nie osiągnął, a co gorsza do złej gry robił dobrą minę. Wyciągnięty tuż przed wizytą i rozdmuchany przez media pomysł by Polska i Niemcy wyrzekły się w specjalnym traktacie roszczeń majątkowych, nie znalazł w Berlinie zrozumienia, o gazie na konferencji mówiono mgliście, o polityce wschodniej i zadaniach niemieckiej prezydencji w ogóle. – Atmosferycznie jest dobrze, merytorycznie pusto – mówili niemieccy dziennikarze. Jak się jednak dowiedzieliśmy nieoficjalnie, rozmowy Merkel z Kaczyńskim były owocne i można powiedzieć przełomowe. Przed wizytą w Berlinie premier zapowiadał, że będzie „twardo bronił” polskich interesów. A na kanapce u pani kanclerz w każdej spornej kwestii obiecywał negocjacje i elastyczność. Tych spornych kwestii zresztą zbyt wiele nie było, bo w sprawie bezpieczeństwa energetycznego Polska i Niemcy mówią właściwie już jednym głosem: chcą uniezależnić się od dostaw rosyjskiego gazu i zbudować wreszcie europejską politykę bezpieczeństwa energetycznego. Różni nas zaś europejska perspektywa Ukrainy (Niemcy na razie nie chcą o tym mówić) i nicejski system podejmowania w UE decyzji. Zostają też historyczne rozliczenia, ale tu na szybki przełom liczyć nie ma co. 

Dlaczego Kaczyński nie mówił o tym publicznie? Pewno dlatego, że wizerunek rozsądnego polityka, który prowadzi konstruktywny dialog z Niemcami nie za bardzo pasuje do wizerunku Jarosława, hardego obrońcy Polski przed Krzyżactwem, do którego przywykł elektorat PiS. Najprawdopobniej dlatego narodził się pomysł nieszczęsnego traktatu, dzięki czemu premier pokazał swoim wyborcom, że są między Polską a Niemcami sprawy ważne, w których Berlin nie chce iść na żaden kompromis. Pokazał też, że są sprawy których on Niemcom nie odpuści. Premier Kaczyński zbiera więc żniwo swojej dotychczasowej polityki. Po pół roku wyniszczającej wojny z PO i problemach z kleceniem większości w Sejmie zdał sobię sprawę, że musi wreszcie zacząć dogadywać się z sąsiadami. A jak widać nie jest to teraz takie proste. Niemcy mówią o takich sytuacjach, że polityk musi zrobić szpagat. Polacy od wieków powiadają: Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Na szczęście Niemcy są cierpliwi i wyrozumiali. Jednak Kai Olaf Lang, ekspert ds. Polski w berlińskim think-tanku Stiftung Politik und Wissenschaft mówi, że dobrze, że Kaczyński ustalenia z Merkel trzyma pod korcem. – To znaczy, że traktuje je bardzo poważnie – mówi.

11:07, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 października 2006
Z okazji pierwszej i chyba pewnej wizyty premiera IV RP J. Kaczyńskiego w Berlinie głos w sprawie stosunków polsko niemieckich zabrała znana specjalistka w tej materii – pani Erika Steinbach. Dla słabo zorientowanych ta ciągle piękna pani, z wykształcenia skrzypaczka i informatyk urodzona w Rumi, powiat Wejherowo, szefuje organizacji pod nazwą Związek Wypędzonych, która we wspomnianych wyżej dwustronnych stosunkach jest od lat sporym cierniem. Choć trzeba z uznaniem zauważyć, że wypędzeni ewoluują. Niegdyś chcieli rewizji granicy na Odrze i Nysie, dziś chcą tylko budować w Berlinie Centrum przeciw Wypędzeniom, które dokumentowało by jak wielką wyrządzono Niemcom krzywdę zmuszając ich do wyniesienia z terenów, które po 1945r. Niemcom odebrano i przyznano Polsce, Czechosłowacji oraz ZSRR. Centrum zdaniem pani przewodniczącej miało być moralnym zadośćuczynieniem za doznane przez wypędzonych krzywdy. Otóż pani Steinbach wyraziła na łamach „Rheinische Post” nadzieję, że polski rząd się kiedyś zmieni, bo inaczej przyszłość polsko-niemieckich stosunków będzie wisiała na włosku. (Bogu dziękować, że pani przewodnicząca nie powiedziała, że lepszą partią jest PO, bo by dopiero była awantura). Jestem pewien, że ta wypowiedź wywołała w IV RP wściekłość mieszającą się z zadowoleniem. Niemcom trudno w to uwierzyć, ale pani Steinbach, mało znana i w sumie mało znacząca za Odrą polityk, związana z wymierającą generacją wypędzonych jest ikoną najnowszych stosunków polsko – niemieckich. A mówiąc dosadniej, stosunki te już dawno ułożyłyby się dobrze i osiągnęłyby poziom relacji Berlina i Paryża, gdyby nie ta właśnie pani. Nie chodzi nawet o jej polityczną działalność ( która jest mikra) ale o sposób w jaki odbiera się nad Wisłą. Dużo w krytyce Steinbach i wypędzonych jest polskiej ignorancji i histerii, jakże częstej w prowadzonych w Warszawie dyskusji o Niemczech. Jest też sporo uprzedzeń i lęków, od których Polska długo, ze zrozumiałych względów się nie uwolni. Ale mam takie poczucie, że są w Polsce siły, którym pani Steinbach jest na rękę, bo wpisuje się do kanonu krzyżackich wrogów Rzeczypospolitej. A w końcu PiS to partia, która potrzebuje wrogów jak powietrza: w kraju i zagranicą. Mają więc złowrogą Erikę, godną następczyni śp. śp. duetu Hupka und Czaja, która w sam raz pasuje do antyniemieckiego spoiwa, łączego koalicję PIS-LPR-Samoobrona. Tą blondwłosą Eriką Radio Maryja et consortes mogą straszyć dewotki i wszechpolaków, to o niej jest mowa na wyborczych wiecach i w końcu to o pani Steinbach i jej planach będzie rozmawiać Jarosław Kaczyński podczas poniedziałkowej wizyty w Berlinie. Steinbach to wróg idealny, bo praktycznie nie da się jej nic zrobić. Panią przewodniczącą co najwyżej można wyszydzić – tak jak to idiotycznie zrobił „Wprost” odziewając w mundur SS i sadzając ją na plecach Gerharda Schrödera. Ale na działalność jej i jej związku wpłynąć się nie da. No bo jak? Wypędzeni nie łamią prawa, a żaden polityk CDU nie odważy się naciskać na Związek, tylko dlatego, że Polacy tak sobie życzą. Tymczasem polska strona, gdy ma okazję panią Steinbach wyeliminować tego nie robi. Myślę tu o sprawie sieci „Pamięć i Solidraność”, która kopiowała by zadania Centrum, tyle, że w pełnym historycznym kontekście (wypędzenia to tragiczne następstwo wojny, którą wywołali Niemcy) i o europejskim charakterze ( w Sieci upamiętniono by wszystkie wypędzenia, jakie miały miejsce w Europie w XXw.). Gdyby placówki sieci powstały tak jak planowano w Polsce, Niemczech, na Słowacji i na Węgrzech, to wówczas postulaty pani Steinabach stałyby się nieaktualne – bo Republika Federalna upamiętniła w godny sposób by swoich wypędzonych. A i polskie obawy zostałyby rozwiane – bo sieć, pod opieką polskich historyków nie mogłaby manipulować historią. Ale Polska rozwój sieci blokuje (więcej o tym tu), a jednocześnie protestuje przeciwko Centrum. A pani Steinbach ciągle się trzyma. Co gorsza rola złego ducha w polsko-niemieckich relacjach jej bardzo pasuje. Wiadomo, bowiem, że w Niemczech ten kto ma na pieńku z Kaczyńskimi, którzy tu z kolei uosabiają wrogi demokracji anachronizm, populizm i radykalizm (uff…), ten zbiera plusy. O dziwo dziennikarze niemieccy nie pytają o stosunki polsko-niemieckie znanych polonofilów: np. Marcusa Meckela. Nie, oni lecą do pani Steinbach, a ta nawija o tym, jaki to polski rząd jest straszny. (Najgorsze jest to, że ma rację). Wróg PiS w Polsce, staje się w Niemczech quasi bohaterem. PiSowi to oczywiście nie przeszkadza. Dla nich to wiatr w żagle.
15:32, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 października 2006

Od wtorku z Agnieszką siedzimy w Warszawie. Monachijska fundacja „Weisse Rose Stiftung”, upamiętniająca antyhitlerowską działalność Sophie Scholl i grupy jej przyjaciół (więcej o niej tu) zaprosiła nas na konferencję o odwadze cywilnej. Temat konferencji znowu okazał się karkołomny. Dla Niemców ten termin oznacza prawie wyłącznie przeciwstawianie się neonazistom. U nas odwaga cywilna ma zupełnie inny wymiar, myślę że to umiejętność poświęcania się i przeciwstawiania się silniejszym. O tym dyskutowaliśmy przez trzy dni, prawie do upadłego. Polakom Niemców może być trudno zrozumieć. Za Odrą rośnie liczba przypadków maltretowania dzieci, kilka milionów obywateli nie jest w stanie podnieść się ze społecznego dna, a oni tylko zajmują się swoimi neonazistami. Ale to właśnie jest ciężar historii, jaki na tym narodzie ciąży i będzie ciążyć.

A przy okazji konferencji pożyliśmy sobie po Warszawie. Pierwszy wniosek po zakupach w Tesco w Kabatach: Tu jest drożej niż w Berlinie. Za 100 zł, czyli za 25 euro w Berlinie można zapełnić koszyk, pod warunkiem, że kupuje się w średnio drogich supermarketach. W Warszawie koszyk był raczej pusty. Metro hula tu jak nigdzie. Szybko i bezproblemowo. Szkoda że działa tylko jedna linia, jazda autobusem (zarówno w Berlinie jak i Warszawie) jest koszmarna.

Pochodziliśmy sobie po centrum i nagle poczuliśmy to, czego w Berlinie poczuć nie sposób. Zapach stali zdezelowanego autobusu. No i jeszcze zapach spalonego tłuszczu z fast foodów w przejściach podziemnych. Przypomniały mi się stare czasy.

Gdy piszę słowa w TV 24 transmitują transmisję sejmowej debaty w sprawie agentów WSI. Przemawia Wrzodak. Mogę w Wawie znieść dymiące autobusy, ale nie ludzi tego pokroju.  

10:56, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (1) »
środa, 25 października 2006

W zeszłym roku z Niemiec wyjechało 154 tys. ludzi. Większość za pracą i za karierą. Większość to młodzi dobrze wykształceni ludzie, większość do Niemiec już nie wróci. – Niemczy się wykrwawiają – alarmują demografowie.

Wiosną pisałem że z Niemiec w 2004r. wyjechało więcej ludzi niż w pamiętnym roku 1933, kiedy to do władzy doszedł niejaki Adolf Hitler i Niemcy pochodzenia żydowskiego czując co się święci postanowili przenieść się za ocean. Tak Tysiącletnią Rzeszę opuścił m.in. Albert Einstein. Oczywiście nie wszystkich było stać na wyjazd do Ameryki. Ale ja nie o tym.

Teraz okazało się, że trend się utrzymuje. W 2005r. wyjechało z Niemiec więcej niż w latach 50. kiedy ze zniszczonych wojną , głodujących Niemiec wyjeżdżał kto mógł. Czyli jest nie wesoło. Niemcy tracą wykształconych ludzi, którym nie są w stanie zapewnić pracy i godziwej płacy. Tracą ich na rzecz USA. Łatwo policzyć co będzie za 10 lat - jeśli trend się utrzyma.

Ale to nie koniec złych wieści. Niemcy się starzeją i wymierają. Niż demograficzny trwa od 20 lat. Szacuje się, ze w 2020r. w Niemczech będzie brakować rąk do pracy, bo liczba osób czynnych zawodowo będzie o wiele niższa niż dziś, a Niemcy nie są już ważnym punktem na światowej mapie migracji. Wesoło się mają ci Niemcy, nie ma co, a najgorsze jest to, że nie mają pomysłu jak zwalczyć niż demograficzny i utrzymać ludzi. Pomysłów jakie w tej sprawie lansuje trio Kaczyński-Giertych-Kaczyński nikt za Odrą nie bierze pod uwagę. Zgadnijcie dlaczego?

23:23, bartek.wielinski , Niemcy - obyczaje
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 października 2006
Niemcy wstrzymały oddech. Gerhard Schröder, były kanclerz wydał książkę. To nie byle jaką, tylko autobiografię. Dziś jej fragmenty wydrukował Spiegel. W czwartek „Rozstrzygnięcia. Moje życie w polityce” ukaże się w księgarniach. Być może nie będą tak rozchwytywane jak „Przy obieraniu cebuli” Günthera Grass’a, Schröder był za młody by służyć w Waffen SS, ale na pewno książka narobi w Niemczech sporo szumu. W „Rozstrzygnięciach” Schröder się tłumaczy. Przede wszystkim z bolesnych reform socjalnych, które wprowadził w 2003r. czyli „Agendy 2010” i Hartz IV. Z decyzji o samobójczym dla niego rozpisaniu nowych wyborów, swojej przyjaźni z Władymirem Putinem i niechęci do George Busha. Jak zauważył „Spiegel” Schröder jest dobroduszny dla siebie (co nie dziwi) ale też dla innych. Źle pisze o Edmundzie Stoiberze, chadeckim premierze Bawarii i rywalem w wyborach w 2002r. którego Schröder z trudem pokonał, a także o Oskarze Lafontain’ie, dawnym bliskim współpracowniku, który porzucił SPD jako zbyt liberalną formację i wraz z postkomunistami zaczął budować nową lepszą lewicę, konkurencyjną wobec starych towarzyszy. A poza tym spokojnie opisał swoje wzloty i w końcu upadek. - Przecież o Putinie pisze tak, jakby siedział w jego portfelu – komentował jeden z warszawskich redaktorów GW, który czytał mój tekst o książce Schrödera. - Przecież siedzi - poprawił się zaraz, myśląc o stanowisku szefa rady nadzorczej w spółce budującej gazociąg północny. Miał rację. Chyba nadworni kremlowscy dziennikarze nie wypłodzili tyle dobrego o prezydencie Rosji, ile na kilku stronach napisał Gerhard Schröder, który kiedyś nazwał Putina „kryształowym demokratą”. W opisie byłego kanclerza Putin jest super skromnym gościem, przyjacielskim, gościnnym, nie pije, jest zdyscyplinowany, wysportowany, ma dalekosiężne plany, chce dobrze dla Rosji i Eurpy tylko ci cholerni Amerykanie i głupi Polacy robią mu na złość. Jak się czyta takie dyrdymały, w czasach, gdy w Moskwie albo zabija się dziennikarzy albo poluje na Gruzinów to włos się na głowie jeży. Schröder może tylko dziękować Bogu, że pisze ksiązki w Niemczech a nie w Rosji, gdzie wolność słowa jest coraz większą fikcją. Schrödera te zdania kompromitują, tak jak kompromitowało go lansowanie gazociągu północnego i wejście do władz spółki realizującą tą inwestycję, zaledwie trzy miesiące po odejściu z urzędu. Z drugiej jednak strony polski czytelnik nie może zapomnieć, że gdyby nie wysiłki Gerharda Schrödera i jego gabinetu, te oficjalne i te zakulisowe, to członkostwo Polski w Unii nie byłoby takie pewne. To schröderowskie Niemcy przekonywały Europę, że Polski bać się nie należy. Teraz, jak Altkanzler widzi Giertycha w rządzie, albo czyta to co do powiedzenia o Niemczech mają J i L Kaczyńscy to pewno żałuje. W końcu to Schröder zapowiedział, że gdyby Rudi Pawelka i jego kumple z Powiernictwa Pruskiego odważą się skarżyć Polskę o zwrot pozostawionego majątku, to zadrą też z rządem Niemiec, który „przed każdym trybunałem wystąpi przeciwko nim”. Skoro Gerhard Schröder jest już politycznym emerytem może lepiej pamiętać mu jego zasługi dla Rzeczpospolitej, niż ciągle ganić za flirt z Rosjanami?
21:43, bartek.wielinski , Niemcy - Polityka
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 października 2006

Wczoraj wybrałem się na wyprawę do Aldershof, peryferyjnej dzielnicy wschodniego Berlina. Dziś mieszczą się tu najlepsze w Niemczech laboratoria high tech. Ale jeszcze 16 lat temu Adlershof był miejscem do któego szary obywatel NRD nie miał wstępu. Powód. Tu właśnie socjalistyczni naukowcy opracowywali wschodnioniemiecką wizję podboju kosmosu. A w jednym z laboratoriów, przy elektronowym mikroskopie i komputerze wielkości szafy siedziała sobie dr. Angela Merkel, wówczas fizyk molekularny. Politykiem Merkel została dopiero po 1989r., na fali entuzjazmu po upadku muru. Nigdy nie była dysydentką, Stasi się nią nie interesowała, a NRD przeżyła w laboratoryjnym spokoju. Nauki ścisłe były wówczas odskocznią od szarości enerdowskiego życia, Merkel bynajmniej nie można winić, że z tej odskoczni skorzystała.

A w Adlershof dobrze ją pamiętają. W jednym z gabinetów wisiało to zdjęcie, któe sfotografowałem komórką. Dla tych którzy nie potrafią rozpoznać. Przyszła kanclerz Niemiec trzyma w ręku fikusa.

20:58, bartek.wielinski , Niemcy - Polityka
Link Komentarze (2) »

Kiedy pół Polski zanosiło się śmiechem z tego, że pewien berliński dziennik nazwał Lecha Kaczyńskiego kartoflem, a drugie pół wyrażało oburzenie tym faktem, a gdzieniegdzie skandowano "wodzu prowadź na Berlin" w budowę, a właściwie demontaż stosunków polsko-niemieckich włączył się Jan Pietrzak. Opowiedział on następującą anegdotę: otóż po czym poznać, że właśnie przekroczyło się Odrę. Po tym, że krowy bardziej podobają się niż kobiety. Dowcip wpisał się w wrażliwy nurt polsko-niemieckiego humoru obok sformułowania "In Polen, sofort gestohlen". 

Ale myli się poczciwy pan Jan , bo w Niemczech można spotkać ładne dziewczyny, a sporo pracuje w Policji. Raz widziałem jak policjantki z niemieckiej prewencji zabezpieczały jakąś imprezę pod Bramą Brandenburską.  Oj, naprawdę były ładne, prawie tak samo jak żołnierki w izraelskim IDF. Stały jakby nic i gadały z kolegami z policji. Gdyby doszło do rozróby to myślę, że one pierwsze chwyciłyby za tonfy i zaczęłyby nimi lać. Zresztą kobiet w niemieckiej policji jest bardzo dużo. Kopałem dziś w necie szukając jakiś liczb, ale bez skutecznie. Niech więc wam wystarczy to, że rzadko (przynajmniej w Berlinie) widuje się samych policjantów. W Polsce kobieta w mundurze to ciągle rzadkość.

Co oczywiście nie znaczy, że Niemki są nadzwyczajnie wyzwolone. W zachodnich, konserwatywnych  landach pracująca kobieta w niektórych rodzinach budzi oburzenie. Archaiczny model drei mal K – Kinder, Kirche, Küche (ustawcie sobie w dowolnej kolejności) dalej gdzieniegdzie obowiązuje. A nawet jeśli Niemka idzie do pracy i zaczyna robić karierę, to przerywa ją gdy na świat przychodzą dzieci. W Niemczech kariery w biznesie czy nauce robią w dużej mierze mężczyźni. Ale gdy w górę pnie się kobieta i pracy poświęca więcej czasu niż domowi – to nie znajduje w Niemczech zrozumienia. W lipcu rozmawiałem o tym z prof. Christiane Nusslein Vollhard niemieckim genetykiem i laureatką nagrody Nobla. Wywiad można znaleźć tu.

O dziwo najbardziej wyzwolone są … kobiety z byłego NRD.

18:21, bartek.wielinski , Niemcy - obyczaje
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 października 2006

To chyba jedna z ważniejszych wiadomości tego  tygodnia. Wiemy jak wygląda projekt europejskiej polityki wschodniej, który dopracowują w niemieckim MSZ . O planach szczegółowo pisałem tu. W skrócie: Rosję Europa ma traktować ciągle jako strategicznego partnera, ale Unia nie zamierza dać się Gazpromowi gazowo zmonopolizować, a poza tym Berlin chce od Moskwy wzajemności, tak by europejscy biznesmeni mogli bez przeszkód inwestować w np. rosyjskie koncerny energetyczne. Ukrainie nikt jeszcze nie obieca członkostwa, ale stworzona zostanie dla niej taka niby unijna poczekalnia. Kijów będzie mógł korzystać z unijnych funduszy połączyć się z europejskim wspólnym rynkiem, niektóre decyzje Unii będą z nim konsultowane, a nawet współwypracowywane itd. W poczekalni posiedzi, aż sam dojrzeje do Unii, a ta będzie gotowa go przyjąć. Niemcy jedna by przeforsować swój projekt w UE potrzebują sojuszników. Naturalnym kandydatem jest … właśnie Warszawa.

Czy Polska poprze wypracowaną przez Niemcy wizję europejskiej Ostpolitik? To dobre pytanie. Paweł Zalewski, poseł PiS i szef sejmowej komisji ds. zagranicznych, który dziś odwiedzi Berlin mówi, że Niemcy mają dobre pomysły, i że to dobra podstawa do dyskusji. Niestety Zalewski, mimo, że w sprawach zagranicznych ma dobre rozeznanie, to niestety nie on odpowiada za pracę polskiej dyplomacji. To poletko Anny Fotygi, lojalnej podwładnej Lecha Kaczyńskiego, która jak mówią nie podejmie żadnej istotnej decyzji bez wiedzy swojego szefa. A tego co pani minister i jej mentor myślą o propozycji Niemców nie wiemy. Ale jest jasne, że na każdą propozycję Berlina patrzą z podejrzliwością.

Gdy pisałem tekst dowiedziałem się, że polska dyplomacja nie jest zachwycona lansowaniem roli Rosji. No i nie ma zapisu o członkostwie Ukrainy, a przecież o to Polska mężnie na unijnym forum walczy. Więc może się okazać że pod rządami Kaczyńskich Polska będzie niemieckie pomysły na Ostpolitik.eu będą konstestowane.

Niemcy odpowiadają na te zarzuty mówiąc, że IV RP potrafi tylko szczuć na Rosję i krzyczeć w sprawie akcesji Ukrainy, ale nie ma żadnego pomysłu jak ułożyć się z Moskwą (a przecież inaczej się nie da) ani jak włączyć Kijów do wspólnoty – wiadomo że nie da się tego jak chce Warszawa zrobić na łapu capu, ale minister Anna Fotyga tego nie słucha i powtarza jak mantrę Rosji „nie”, Ukraina do UE. W Berlinie rodzi to tylko zakłopotanie. Po pierwsze dlatego, że Polska mało entuzjastycznie powiatała sporą zmianę w niemieckim podejściu do wschodu. Nowa Ostpolitik wyróżnia Rosję i Ukrainę oraz aspirujące do UE kraje takie jak Mołdawia. Do tej pory w niemieckiej dyplomacji działano według zasady "Russia first". Nowa koncepcja taką politykę grzebie. Druga sprawa. Niemcy zdają sobie sprawę, że po pierwsze do wejścia do Unii Ukraina nie jest gotowa, a patrząc na zawirowania w tym kraju niewiadomo czy tego chce. Zaś sam ukraiński temat może być dla Unii tak samo destrukcyjny jak dyskucja o traktacie konstytucyjnym, która sparaliżowała wspólnotę. Dlatego dla UE będzie bezpieczniej by Ukraina odczekała swoje, w unijnej poczekalni

Sęk w tym, że faworyzowanie Ukrainy nie podoba się Francji czy Hiszpanii, które swoich pupilków mają po drugiej stronie Morza Śródziemnego i choć np. Tunezja w tym stuleciu raczej nie bęzie gotowa do integracji z Unią, to chcą też stworzyć dla niej jakąś poczekalnię. Spór o traktowanie sąsiadów UE może zmiękczyć niemiecką propozycję, a  to cios dla ambitnych , choć beznadziejnie realizowanych planów polskiej dyplomacji. Dlatego nie ma wyboru, w sprawie Ostpolitik Polska i Niemcy powinni iść pod rękę. Poraz kolejny zadam nużące pytanie: Czy oni są do tego zdolni?

10:03, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 października 2006
Tory mojej kolejki Piko niestety kończyły się ślepo. Właściwie nie do końca, bo można z nich było zbudować tez owal, ale wtedy torów nie starczało by dołożyć czegoś do zwrotnic. W sumie mi to nie przeszkadzało. Gdy pociąg dojechał do krańca, przestawiało się pokrętło transformatora i wtedy lokomotywa jechała w tył. Na pudełku z kolejki widniał wielki napis PIKO a pod spodem mniejszymi literami pisało „Made in GDR”. GDR to Niemiecka Republika Demokratyczna, kolejka PIKO zaś była marzeniem każdego dziecka, trzymanego w obozie socjalistycznym. Kolejkę załatwił ojciec. Właściwie to załatwił jakiemuś znajomemu akumulator do malucha, a ten nie wiedząc jak się zrewanżować dał mu swoją kolejkę. Ojciec miał mi zrobić makietę, kupić i posklejać plastikowe domki, drzewka i semafory, ale jakoś nie miał nigdy czasu, a ja za szybko wyrosłem z kolejek. Pamiętam zapach plastikowych podkładów pod tory i kadłubów wagonów. Ostry, trochę przypominający lizol, a mimo to budził dobre skojarzenia, skojarzenia z terkoczącą lokomotywą ze składanym pantografem. Nic tak nie pachniało w całym domu. Teraz wiem dlaczego. Zapach swojej kolejki poczułem zimą tego roku w … więzieniu. Zwiedzałem tajny areszt śledczy Stasi w berlińskich Hochschönhausen. Przewodnik, dawny więzień, oprowadzał mnie po celach, a potem zaprowadził mnie do części gdzie przesłuchiwano więźniów. Wszedłem do długiego korytarza, pełnego bocznych drzwi. Wtedy to poczułem. – Tak pachnie enerdowski plastik – powiedział przewodnik. Zapach unosił się z wykładziny, tak jak moja kolejka pachniały telefony na biurkach enerdowskich ubeków, zresztą zapachem przesiąkły ściany. Dowiedziałem się później, że w NRD były inne charakterystyczne zapachy. Oprócz plastiku kraj można było poznać po smrodzie dymu z kominów. NRD rabunkowo wydobywało na Łużycach węgiel brunatny, którym później palono w domach jak i w fabrykach. No i nie można zapomnieć o spalinach z dwutaktowych silników Trabantów. Ale to już przeszłość. Węglem brunatnym się już nie pali, trabanty dziś do rarytas, ale zapach plastiku „made in GDR” będzie się unosił dobre sto lat. To jedyna pamiątka po smutnym kraju tow. tow. Ulbrichta i Honeckera.
21:01, bartek.wielinski , Niemcy - Historia
Link Komentarze (2) »
 

Ale się porobiło. Do Berlina po miesiącach zastoju ciągną polscy politycy. Prawdziwy najazd Dziś rozmowy prowadził tu wicemarszałek sejmu Bronisław Komorowski (PO), jutro przyjedzie prezydencki minister Andrzej Krawczyk, a w połowie tygodnia zawita Paweł Zalewski (PiS), szef sejmowej komisji ds. zagranicznych. Wszyscy od niemieckich kolegów ( czy to dobre określenie w stosunku do panów z PiS?) usłyszą to samo: między Polską a Niemcami nie jest dobrze. Wczorajsza rozmowa Komorowskiego z szefem niemieckiej dyplomacji Frankiem Walterem Steinmeierem była ciepła i serdeczna, ale minister wyraził zaniepokojenie biernością Polski na arenie międzynarodowej i antyniemiecką retoryką rządu. Komorowski mógł mu tylko potakiwać. Jak na przytyki zareagują następni goście z Polski? Niewiadomo.

Największą zagadką jest to, czy nad Szprewą pokaże się najważniejszy w tej chwili polski polityk – premier Jarosław Kaczyński.  Jego wizyta zapowiadana jest na 30 października, a jej przygotowania weszły w decydującą fazę. Ale reanimowanie koalicji i problemy z uzyskaniem większości w Sejmie stawiają jego przyjazd pod znakiem zapytania. Ba sami polscy dyplomaci, a co dopiero dziennikarze nie wiedzą czy Kaczyński przyjedzie do Niemiec nie.

Tym bardziej, że stosunki z Niemcami nigdy nie były priorytetem dla PiS. Pamiętacie państwo jego exposée sejmowe, gdy mówił o zaangażowaniu Polski w Afryce, Azji i Ameryce Południowej, a nazwa najważniejszego sąsiada nie przeszła mu przez gardło?

W Berlinie Kaczyński będzie musiał skonfrontować się z absolutnie wrogą mu prasą i politykami, których polityka jego partii delikatnie mówiąc rozczarowała. Dlatego wiele przemawia, by premier tą wizytę odwołał.

Jeśli tak się faktycznie stanie, to kolejna szansa na zwrot w pogrążających się stosunkach polsko-niemieckich zostanie zmarnowana. O tym jak takie ostentacyjne traktowanie Niemiec  Polsce szkodzi pisać mi się już więcej nie chce.

Gdyby jednak Kaczyński zdecydował się Niemcy odwiedzić, to może tu trochę ugrać. Jego wizerunek w Berlinie no i w całej Unii po aferze z „taśmami prawdy” spadł do takiego poziomu, że co bardziej złośliwi politycy mówią o Rzeczpospolitej per „republika bananowa”. (Cytuję tu pewnego dyplomatę). Kaczyński pokazując w Berlinie łagodniejszą twarz i ściskający z uśmiechem rękę pani kanclerz, może trochę ten wizerunek poprawić. A jeśli ruszy z miejsca kilka polsko-niemieckich projektów, albo nawet obieca że Polska coś tam zaproponuje w sprawie konstytucji, to niemiecka prasa lekko zmieni ton, a dyplomaci przestaną na chwilę „wyrażać zaniepokojenie” sytuacją nad Wisłą.

Byłby to dobry początek oczyszczania atmosfery, ale czy Jarosław Kaczyński jest wstanie nawet leciutko ustąpić Niemcom. Wątpię
00:51, bartek.wielinski , Polska - Niemcy
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3
wyborcza.pl
Bartosz Wielinski

w "Gazecie" pisze o Niemczech i Austrii, w latach 2005 - 2009 korespondent GW w Berlinie, wcześniej, w oddziale GW w Katowicach, pisał o Polakach i Niemcach na Górnym Śląsku.

top | Agora SA | design by kate_mac | zmiany: autor